Rozmowa z Lidią Czyż, która napisała swoją pierwszą powieść w wieku 50 lat. W tym roku, nakładem Wydawnictwa Warto,  ukazała się jej książka pt. „Słodkie cytryny”.

 

Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z pisaniem?

To już prawie trzydzieści lat temu. Przez dwadzieścia pięć lat pisałam artykuły i opowiadania do  czasopism. Moje opowiadania bożonarodzeniowe ukazały się później w formie książki „Gdzie jest Betlejem”. Ale siedem lat temu jeden z artykułów rozrósł się do takich rozmiarów, że nie zmieściłby się w żadnym czasopiśmie. Wtedy powstała z niego moja pierwsza powieść pod tytułem Mocniejsza niż śmierć, która ukazała się w 2013 roku.

Twoje książki podobno czytają głównie kobiety, 30, 40-latki.

Myślę, że być może wynika to z tego, że to jest grupa, która czyta najwięcej. Ale wiem, że moje powieści czytają nie tylko one. Mam sporo sygnałów również od mężczyzn w różnym wieku. Szczególnie Mocniejszą niż śmierć czytali zarówno chłopcy, najmłodszy miał 10 lat, a od kilku młodych mężczyzn usłyszałam, że to druga książka, którą przeczytali po Chłopcach z placu broni. Spotkałam się też z wieloma czytelnikami w średnim wieku. Zaś jeden ze starszych panów po przeczytaniu książki powiedział mi: „Myślałem, że mnie starego już nic nie złamie, a płakałem jak dziecko”. Oczywiście wśród odbiorców moich książek są również młode dziewczyny i kobiety w starszym wieku, bo poznaję je osobiście na spotkaniach autorskich.

Te spotkania to ważna część Twojej twórczości. Co najbardziej Cię na nich zaskakuje?

To, że często trwają tak długo (śmiech). Czasem trzy, cztery godziny! Każde spotkanie jest inne. Prawie zawsze prowadzone są one w formie rozmowy, padają również pytania ze strony publiczności. Największym wyzwaniem są dla mnie spotkania z młodzieżą w liceach lub w innych miejscach. Miałam też możliwość spotkania się z pensjonariuszami w ośrodku odwykowym dla osób uzależnionych, to był wspaniały czas.

Swoim bohaterom i bohaterkom często nadajesz imiona swoich znajomych.

Tak, to jeden z przywilejów pisarza: nadawanie imion powieściowym postaciom. Bardzo to lubię, czuję się niemalże jak rodzic wybierający imiona dla swoich dzieci. A ponieważ bohaterowie kojarzą mi się z pewnymi osobami z mojego otoczenia czy pragnę kogoś uhonorować, często nadaję im ich imiona. Dobrze, że mam tak wielu przyjaciół i znajomych, dzięki temu nie brakuje mi inspiracji (śmiech).

Jakie są inne Twoje przywileje?

Samo pisanie powieści i możliwość służenia przez to Bogu i ludziom jest dla mnie przywilejem. Kolejnym, wzięcie do ręki pierwszego egzemplarza nowej książki. Przywilejem jest też to, że spotykam ludzi z różnych środowisk i Kościołów w całej Polsce. Z wieloma już po pierwszym spotkaniu nawiązuję relacje, które później są wzajemnie podtrzymywane. Jeszcze innym jest to, że ludzie opowiadają mi o swoim życiu, problemach i radościach i są przy tym niezwykle otwarci i szczerzy. Niejednokrotnie są to historie tak dramatyczne, że nie sposób opanować łez.

A co to właściwie dla Ciebie znaczy służyć Bogu i ludziom?

Fascynuje mnie przypowieść Jezusa o talentach. Jezus zapewnił w niej, że każdy z nas został

obdarzony przynajmniej jednym, a zazwyczaj większą ilością talentów, darów, którymi powinniśmy „obracać”, czyli wykorzystywać je dla dobra innych. Odkrycie tych talentów nie zawsze jest łatwe, szczególnie przez osoby z mojego pokolenia czy starsze, bo wychowano nas według zasady: „siedź w kącie, znajdą cię”. Dlatego to inni musieli odkryć mój talent pisania i zachęcać mnie do rozwijania go. Ogromnie lubię słowo „inspirować”, a szczególnie jeden z jego synonimów – dodawać komuś skrzydeł. I właśnie taką widzę rolę dla siebie jako pisarki. Pragnę zachęcać, podnosić na duchu, motywować, dodawać skrzydeł, by czytający nie tylko zachwycili się fabułą, ale mogli znaleźć w tych powieściach zachętę i nadzieję, by potrafili „wzbić się do góry”. Kiedy słyszę, że moje książki zmieniają czyjeś życie, jestem ogromnie wdzięczna Niebiańskiemu Ojcu za dar, którym mnie obdarzył. Pozwól, że zacytuję tu piękną myśl Erica-Emmanuela Schmitta: „Talent jest daremny, jeśli angażuje się w służbie samego siebie, bez innego celu niż zyskanie uznanie, podziwu czy poklasku. Prawdziwy talent musi przekazywać wartości, które go przerastają i które dodają mu skrzydeł”*.

„Słodkie cytryny” to już Twoja piąta powieść. Dlaczego właśnie ta historia i ta kobieta?

Do napisania tej powieści zainspirowała mnie żona pewnego pastora. Powiedziała, że poznała kobietę, której historia życia nadaje się na książkę i musi mnie z nią koniecznie skontaktować. I tak się stało. Jestem nauczycielką, więc kiedy usłyszałam historię matki wychowującej dziecko z zespołem Aspergera, byłam pewna, że to dobra okazja, by nie tylko opowiedzieć o tym, w jaki sposób Bóg prowadził w życiu matkę wychowującą dziecko z tym zaburzeniem, ale uświadomić czytelnika, na czym ono polega, jak często występuje i jak trudno jest wychowywać „inne” dziecko.

Książka miała swoją premierę w lipcu, trochę czasu już minęło. Jakie sygnały do Ciebie docierają od czytelników?

Miałam już sporo informacji zwrotnych od osób, które podczas czytania książki po raz pierwszy słyszały o Aspergerze, bo w naszym kraju nadal niewiele się o tym mówi. Już w trakcie pierwszych dni po premierze (w czasie Tygodnia Ewangelizacyjnego w Dzięgielowie), podeszło do mnie kilka osób, które w swoich rodzinach mają dzieci z tym zespołem. Piszą też do mnie osoby na Facebooku. To niesamowite, gdy staję się odbiorcą podziękowań za to, że napisałam o tym problemie i pokazałam, że niejednokrotnie rodzice i nauczyciele muszą toczyć walkę z całym systemem edukacji w naszym kraju oraz opinią innych.

W jaki sposób docierasz do historii, które później są podstawą Twoich książek?

Mam wrażenie, że to raczej historie docierają do mnie, ponieważ bohater sam mi je opowiada

(Narodziny perły), słyszę je na jakimś spotkaniu (Pozostała tylko nadzieja) lub ktoś mnie inspiruje do ich napisania, mówiąc: „To jest historia na książkę” (Tato!, Słodkie cytryny). A czasem sama w jakiś sposób w tych historiach uczestniczę (Mocniejsza niż śmierć).

Gdybyś miała napisać książkę, dla której podstawą nie byłaby autentyczna historia, o czym byś chciała napisać?

Nie wiem czy w ogóle chciałabym taką książkę napisać, bo życie pisze najlepsze scenariusze, więc jak na razie zostanę przy autentycznych historiach.

Niektóre z Twoich powieści zostały przetłumaczone i wydane w innych krajach.

Pierwsza powieść Mocniejsza niż śmierć ukazała się w języku niemieckim i czeskim. Pozostała tylko nadzieja również po niemiecku, a powieść Tato! będzie miała swoją premierę w tym języku jesienią tego roku. Marzę i modlę się o wydania w języku angielskim.

Ile w Twoich książkach jest Ciebie?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Wszystkie powieści są inspirowane prawdziwymi historiami, ale zarazem wszystkie podczas pisania są „przefiltrowane” przeze mnie. Pisząc, zastanawiam się, co mógł myśleć, odczuwać czy powiedzieć bohater. To są moje próby „wejścia w jego skórę”, wczucia się w jego położenie, czyli po części i moje przemyślenia lub odczucia. Dlatego wielkim komplementem było dla mnie stwierdzenie pewnego mężczyzny, że niemożliwe, by powieść Mocniejsza niż śmierć napisała kobieta, bo w ten sposób może myśleć tylko mężczyzna. Zaręczam, pisała ją kobieta! (śmiech)

Twój przepis na lemoniadę?

„Życiowa lemoniada”, tak jak ta cytrynowa, sporządzona jest z różnych składników: słodkich, kwaśnych, a czasem i gorzkich. Dopiero połączone tworzą idealną, słodko-kwaśną całość. Czasem chciałabym, by moje życie było pozbawione „cytryn”, niestety, wiem, że jest to niemożliwe. Jednak to ode mnie zależy, czy będę, krzywiąc się, piła sok cytrynowy, czy też zrobię z niego orzeźwiającą lemoniadę. Dlatego podstawowe składniki mojej „lemoniady” to wiara, nadzieja i miłość, o których pisał apostoł Paweł. I może na koniec jeszcze raz zacytuję Schmitta: „Czego On (Bóg) mnie nauczył? »Wszystko ma jakiś sens. Wszystko jest uzasadnione«. To zdanie podnosi mnie na duchu, bo dokładnie tłumaczy to, co trzymałem. Odtąd, gdy nie będę mógł czegoś pojąć, przyjmę to na wiarę”*. Stale uczę się tego, że „życiowe cytryny” też mają sens, i nawet jeśli go nie widzę, nie znaczy to, że go nie ma.

* Éric-Emmanuel Schmitt, Noc ognia, Znak, Kraków 2016.

Patronat nad wydaniem objęli: Fundacja Synapsis, Forum Kobiet, Wrocławskie Forum Kobiet
i Śniadanie dla kobiet.
Dziękujemy!

Wydawnictwo Warto

 


Nasi partnerzy