Napisane

Pisanie jest częścią mojej drogi do poznania siebie, a i przy okazji sensu życia.

Pisanie jest częścią mojej drogi do poznania siebie, a i przy okazji sensu życia.

Moje pierwsze pisanie do Warto było wyznaniem, krótką opowieścią o życiu z moją przewlekle chorą siostrą. Od 9 lat już jej nie ma z nami. Ta zamglona już przeszłość czasem wydaje się wręcz nierealna, a jednak zdarzają się momenty, że jej szczegóły wracają z ostrością i wyrazistością przeszywającymi serce. Pisałam o przeżyciu śmierci bliskiej Cioci, wspominałam pogrzeb Dziadka, tekstem nie godziłam się na chorobę Babci, która sprawia, że już jej nie ma, mimo że fizycznie jeszcze jest. Doświadczenia  związane z tematem śmierci same gdzieś wskakują mi pod palce zabierające się do pisania. Coraz lepiej rozumiem w tym samą siebie, choć wciąż zadaję o to pytania. Śmierć jako koniec. Śmierć jako początek.

Tak wiele zmieniło się od pierwszego napisania. To ostatnie daje mi teraz okazję do przyjrzenia się tym zmianom, do wspomnień, do docenienia po raz kolejny, czym to pisanie dla mnie jeszcze jest. Dla kogoś raczej szczelnie w sobie zamkniętego opcja przelewania myśli na „papier” była i nadal jest wielkim wyzwaniem. Wymaga uporządkowania, sprecyzowania, czasem dookreślenia. Świadomość ostateczności nazwania czegoś, ujawnienia, wzięcia odpowiedzialności. A co się napisze i upubliczni, to się już nie odpisze! Co dopiero, jak własne doświadczenia same pchają się do bycia opisanymi. Jestem wdzięczna za te kroki rozwojowe, bardzo.

Bliska jest mi metafora sezonowości w życiu. To, co obserwuję w przyrodzie, przeniesione na różne sfery życia. Rozwój osobisty, małżeństwo, relacje, życie z Bogiem. Okres bujnej wiosny, rozwkitu i wielobarwnej różnorodności; letnie rodzenie owoców, wylegiwanie się w słońcu i szukanie wytchnienia w chłodzie nocy; jesień zbiorów, zapasów, urzekające kolory lasu zmieszane z tęsknymi zapachami ogródkowych ognisk; zima bielą kojąca wzrok, groźnie smagająca mrozem, sprzyjająca bliskości z sobą samym i innymi, a i tak trudna do zniesienia. Na szczęście zawsze jest nadzieja, że znów przyjdzie wiosna… I tak w koło, a za każdym razem i tak inaczej. Pory pełne piękna i błogosławieństw, ale i zagrożeń, ataków, niepomyślności. Nie jestem zbyt cierpliwa, często chcę mieć rozwiązania już zaraz, od razu wiedzieć, co robić, jak będzie, co nastąpi, a i tak świadomość sezonowości jest mi bliska i pomocna. Przeglądając stare teksty, podświadomie umieszczam je w określonych sezonach mojego życia. Cieszę się z miejsca, w którym teraz jestem. Nawet jak przychodzi czas zimowej hibernacji, a jej bajkowa biel okazuje się być brudnoszarą, niewyraźną pluchą, wierzę, że pod spodem już powoli coś kiełkuje, przeistacza się, nabiera sił, żeby za jakiś czas urodzić się na nowo. Bóg rozpoczął we mnie dobre dzieło i On sam będzie je kontynuował, według Jego dróg i myśli, nie moich.

Pisanie jest częścią mojej drogi do poznania siebie, a i sensu życia przy okazji. Drogi, na której ostatnio robię wielkie zakrętasy. Jeszcze niedawno traktowałam Boga jako pomoc. Ta formuła jednak wyczerpała się chyba już na dobre. Bóg nie jako pomoc, a źródło. Ale przeczytaj to nie tylko jako słowo, frazes, tylko pomyśl, wyobraź sobie Źródło. Odrzuć ten religijny ton, to wszystko, w czym wyrosłeś/aś, to wszystko, czym zarosłeś/aś, złote myśli popularnych kaznodziei, doświadczenia przyjaciół, baa, odrzuć to, co sam do tej pory myślałeś/aś. I poznaj Boga na nowo, naprawdę, bezpośrednio. Nie staraj się wciskać Go w swoją codzienność, prosić o błogosławieństwo twoich poczynań, szukać narzędzi, zamiast pytać wprost. Bóg naprawdę nas przyjmuje, Jego Duch naprawdę daje nam poznanie, objawia, kim On jest i pokazuje nam, jak mamy żyć. Tak często wbrew temu, co nasz rozum czy emocje nam proponują! (To nieraz tak bardzo niepsychologiczne!) Chciałabym powiedzieć, że to jakiś przełom, drugie zakochanie w Bogu, ale nie umiem porównać tego do miłości, jaką dotąd znam, ponieważ poznaję teraz nową.

Chyba zwyczajnie nie miałam odwagi zaprosić kogoś „u kresu życia” do rozmowy. Próbowałam wyobrazić sobie siebie w takiej rozmowie, w roli tego kogoś. Kończąc swoją drogę tutaj, chciałabym móc powiedzieć, że choć trochę nauczyłam się kochać. Kochać Boga całym sercem, umysłem i siłą. Kochać człowieka obok, tak jak pokochałam siebie, tak jak kocha go Bóg. Kochać siebie tylko ze względu na Boga i bycie Jego dzieckiem. Stare słowa, a dla mnie żywe jak nigdy. To, co napisane staje się Życiem.

Lucyna Bujok

Czytaj także

zobacz listę wszystkich artykułów

Nasi partnerzy