Co się stało?

Czekam z nadzieją, że to Nowe okaże się przynajmniej dobre, a może nawet lepsze od Starego.

Czekam z nadzieją, że to Nowe okaże się przynajmniej dobre, a może nawet lepsze od Starego.

Zdjęcie to powstało kilka lat temu jako zadanie domowe na zajęcia z fotografii. Mieliśmy przygotować portret charakterystyczny – taki, który niekoniecznie musi przedstawiać postać danej osoby, ale powinien w jakiś sposób ją opisywać. Tak się złożyło, że kilka dni po otrzymaniu tego zadania w naszej rodzinie miała miejsce duża impreza, która stała się okazją do spotkania w szerszym gronie.

Któregoś dnia siedzieliśmy przy stole – ja z aparatem i Tata z fajką, swoim nieodłącznym atrybutem. I wtedy pomyślałam, że poza fajką i spracowaną dłonią już niczego więcej nie potrzeba, że przecież to właśnie wystarczy – tylko tyle i aż tyle. Cały on. Każdy, kto go zna, od razu byłby w stanie rozpoznać tę postać. Tata nigdy się z fajką nie rozstawał. Towarzyszyła mu, odkąd pamiętam. Czasami miałam nawet wrażenie, że odpala jedną od drugiej, bo rzadko można go było zobaczyć z pustymi dłońmi. W kuchni i jego kancelarii znajdowało się zawsze kilka egzemplarzy fajek, choć wydaje mi się, że większość z nich była już nieużywana, bo widywałam Tatę zwykle z jedną i tą samą. Wszystko w domu przesiąknięte było zapachem tytoniu i nawet miałyśmy do niego o to pretensje, zwłaszcza gdy wchodząc do kuchni, trzeba było przedzierać się przez chmurę dymu. Znajomi, którzy do nas przyjeżdżali, zwykle zachwycali się tym zapachem – słodkawym, przypominającym trochę wytworne perfumy i nie tak drażniącym jak dym papierosowy. Wchodzili do kuchni, robili głębszy wdech i mówili: „Uwielbiam zapach waszego domu”.

Mama martwiła się czasami, że Tata pali za dużo; zasięgała nawet opinii znajomych lekarzy, próbując dowiedzieć się, czy fajka mu za bardzo nie zaszkodzi. Jednak Tata już tak się zrósł z tym kawałkiem dymiącego drewna, że ciężko było wyobrazić go sobie bez niego.

Nadszedł jednak dzień, którego nikt się nie spodziewał – dzień, w którym Tata postanowił odstawić fajkę. Na zawsze. Pamiętam, w jakim szoku byłam, gdy Mama zadzwoniła do mnie z informacją, że Tata już nie pali. Jak to? Dlaczego? Co się stało? Przecież on się z fajką nie rozstawał! Wydawało mi się, że to chwilowe, że przecież po tylu latach nie wytrzyma, że organizm będzie się domagał kolejnej dawki tytoniu.

Z jednej strony czułam niedowierzanie, a z drugiej… smutek. Miałam poczucie, że kończy się jakaś epoka. Skończyło się coś, co miało trwać wiecznie, mimo że czasami odbierałam to jako męczące, nieprzyjemne i chciałam, żeby Tata się tego pozbył. Tak, przyzwyczaiłam się do widoku Taty z fajką, choć do jej zapachu tak do końca chyba nigdy nie przywykłam. Ale mam wrażenie, że tu chodzi o coś więcej – o pełnię i pustkę, która się w tej pełni nagle pojawiła. Zawsze miałam przed oczami spójny, kompletny obraz. I nagle w tym obrazie zabrakło czegoś bardzo ważnego – czegoś, z czym się czasami walczyło, a co okazało się niesamowicie istotnym elementem.

Pisałam kiedyś, że nie lubię zmian. Chyba że ich potrzebuję – wtedy są w moim życiu mile widziane. Zmiana nawyków Taty była nagła, szokująca i o dziwo – niechciana. Wywołała nawet pewien niepokój, zachwiała równowagą. Ale za nią poszły kolejne, o wiele lepsze. Tata zaczął jeździć na rowerze, o wiele lepiej śpi, ma więcej energii. Fajki nadal puszą się dumnie na stole w kuchni i biurku w kancelarii, ale teraz są już wyłącznie eksponatem, wspomnieniem. Choć dom, nasycany przez lata tytoniowym dymem, swój zapach zatrzymał.

To zdjęcie jest mi bardzo bliskie, zwłaszcza teraz, gdy straciło na aktualności. Nie wiem, ile zmian jeszcze nadejdzie i jakie nowe początki mnie czekają. Wiem, że będzie ich sporo i trochę się ich boję. Ale na niektóre czekam z nadzieją, że to Nowe okaże się przynajmniej dobre, a może nawet lepsze od Starego.

Monika Mendroch

Czytaj także

zobacz listę wszystkich artykułów

Nasi partnerzy