Być piękną kobietą

Choroba uświadomiła mi, że tylko Bóg ma kontrolę nad wszystkim.

Choroba uświadomiła mi, że tylko Bóg ma kontrolę nad wszystkim.

Dorota Laskowska. Kobieta z klasą. Z zawodu nauczycielka j. rosyjskiego. Żona Amerykanina – Dana Laskowskiego, matka 19-letniego syna chorego na stwardnienie rozsiane. Misyjnie prowadzi Kolskie Forum Kobiet, które założyła w 2004 r. Obecnie liderka wielu grup kobiecych w USA i Polsce. Kocha ludzi, życie i przede wszystkim Boga.

Wyglądasz pięknie. Jesteś kobietą sukcesu. Masz piękny dom, wspaniałego męża i syna. Żyjesz w Stanach, przyjeżdżasz na wakacje do Polski. Nie musisz pracować. Finansowo się Wam powodzi. Taką być i tyle mieć – to marzenie wielu kobiet. Zdajesz sobie z tego sprawę, że jesteś postrzegana w taki sposób?
Oczywiście! Ale to bardzo powierzchowne i nieprawdziwe spojrzenie. Nie tak dawno młoda dziewczyna powiedziała mi, że jestem piękną kobietą. Odpowiedziałam jej, że jestem piękną, bo Bożą kobietą. Lubię o siebie dbać. To jest ważne. Jednak ważniejsze dla mnie jest piękno wewnętrzne, które Bóg mi daje. Często też słyszę od kobiet, że jestem uśmiechnięta i emanuje ze mnie pokój. Wiem, że to nie pochodzi ode mnie, ale od Boga i jest tylko Jego zasługą. Chrześcijanki to rozumieją. Natomiast kobiety niewierzące myślą, że to jest mój sukces, że sobie to wypracowałam.

Pięknego wnętrza sobie sama nie wypracowałaś, jednak na pewno był to proces. Jak długo czekałaś na zmianę swojego życia?
Przez prawie czterdzieści lat wiedziałam o Bogu, ale Go nie znałam. Nie miałam świadomości, że można mieć żywą relację z Bogiem i co to znaczy. Przez ten czas byłam dobrą kobietą. Starałam się żyć po swojemu, nie krzywdzić ludzi. Chciałam być dobrze postrzeganą przez innych.

I pewnie Ci się to udawało. Kiedy dotarło do Ciebie, że nie tędy droga?
Poznałam człowieka, który pokazał mi, że można żyć inaczej. Dzięki niemu i innym zrozumiałam, że Bóg jest prawdziwy, realny i jest ze mną zawsze, a sama z siebie nie mogę być dobrym człowiekiem. Tylko Bóg może przemienić moje serce i umysł. Dlatego oddałam swoje życie Jezusowi i uznałam Go za swojego Pana i Zbawiciela, aby to On zmieniał mnie.

Domyślam się, że tą osobą był Twój mąż?
Tak. Dan był tym katalizatorem. Jest dojrzałym chrześcijaninem, ufa Bogu od dzieciństwa i nie musi nawet o tym mówić, bo jego życie jest najlepszym świadectwem tego, że Bóg działa. Od początku naszej znajomości przyglądałam się jego życiu, ponieważ nie znałam wcześniej takich ludzi. Żyje z Bogiem i według Jego zasad, co oczywiście nie oznacza, że jest idealny. Idealny jest tylko Bóg!

Pracowałam w szkole przez wiele lat, wiedziałam, że potrafię i lubię uczyć. Odnosiłam sukcesy. Lubiłam moich uczniów. Miałam też dobre relacje z ich rodzicami. Po kilkunastu latach pracy w szkole stwierdziłam, że już się tu zrealizowałam. Zrobiłam wszystko, co mogłam zrobić. Myślałam więc o tym, żeby coś zmienić. Zaczęłam udzielać lekcji j. polskiego obcokrajowcom, otrzymałam też niespodziewanie propozycję pracy w firmie amerykańskiej. I wtedy na mojej drodze Bóg postawił Dana.

To coś zupełnie innego niż praca w szkole…
Zgadza się! To było dla mnie ogromne wyzwanie. Szkoła była bezpiecznym miejscem, gdzie można dotrwać do emerytury. Praca w niej dawała mi zabezpieczenie finansowe. Nowa praca była ogromnym ryzykiem. Mogło przecież okazać się, że w firmie się nie sprawdzę, że może to nie jest to, czego szukam. Podjęłam jednak ryzyko, ponieważ chciałam coś w życiu zmienić. W rezultacie okazało się, że to była dobra decyzja.

A jak zostałaś żoną Dana?
Na początku były tylko relacje służbowe (był moim uczniem), z biegiem czasu zaprzyjaźniliśmy się, a nasza przyjaźń przerodziła się w miłość i zakończyła małżeństwem.

Długo na to czekałaś… Czy po 30-tym roku życia nie dopadały Cię myśli, że to już się nie zmieni i pozostaniesz „starą panną”?
Nie. Wiem, że to może wydawać się dziwne. Pomimo że nie byłam wtedy osobą świadomie wierzącą w Boga, miałam nadzieję, że spotkam mężczyznę „na życie”. Chociaż byłam przed 40-tką, ciągle wierzyłam (pomimo chwilowych zwątpień), że wyjdę za mąż i będę szczęśliwa. Ale nigdy nie szukałam męża na siłę.

Nadzieja zamieniła się w rzeczywistość. Niesamowite! Co teraz robicie razem?
Wcześniej zarządzaliśmy firmą, kierującą się zasadami chrześcijańskimi. W tej chwili nie pracujemy zawodowo, ale oboje jesteśmy zaangażowani w służbę chrześcijańską. Inwestujemy w Królestwo Boże. To jest nasza misja – działamy nie tylko w Kole, ale szerzej.

Na czym to polega?
Pracując w firmie, rozpoczęliśmy szkolenia chrześcijańskie dla liderów. Dla naszych pracowników organizowaliśmy chrześcijańskie konferencje dla małżeństw i rodziców. Kilkanaście lat temu to była kulturowa rewolucja. Wtedy stwierdziłam, że przydałoby się też coś dla kobiet. Zaczęłam organizować spotkania promujące wartości chrześcijańskie i tak rozpoczęła się działalność „Kolskiego Forum Kobiet”.

Jak przebiegają takie spotkania?
Zapraszamy chrześcijańskie mówczynie z różnych denominacji. Na Forum dzielimy się swoimi doświadczeniami, historiami, ale także zachęcamy kobiety do zaufania Bogu. Ponieważ Biblia jest najlepszym podręcznikiem życia, uczymy kobiety, jak mogą czytać i praktycznie stosować Słowo Boże. Dla mieszkańców Koła organizujemy także koncerty i konferencje dla małżeństw i rodziców.

Poświęcasz ludziom swój cenny czas. Co trzeba mieć w sobie, żeby ich kochać? To niełatwe zadanie.
Z natury jesteśmy egoistami i myślimy o sobie. Potrzebna jest przemiana serca i umysłu. O to się modlę, żebym widziała ludzi oczyma Jezusa. Chcę kochać ich tak, jak On mnie kocha.

Czy ten kochający Bóg mógłby skrzywdzić swoje dziecko?
Bóg nigdy nie krzywdzi swoich dzieci. Kocha wszystkich, jest miłością. On tylko przyzwala na pewne doświadczenia, a karci jak kochający ojciec. Dziecko nie może być wychowane bez stawiania granic. Nie uważam jednak tego za krzywdzenie dziecka.

A nie jesteś zła na Boga, że przyzwolił na pewne doświadczenia w Twoim życiu, które sprawiły Ci ból?
Nie. Nigdy tak nie myślałam. Wiem, że to może wydawać się dziwne i niepojęte. Kilka lat temu zachorowałam na złośliwego raka piersi. Przeżyłam to bardzo mocno, do dziś się wzruszam, gdy o tym mówię, bo to są emocje, ale nigdy nie byłam zła na Boga. To był trudny czas, ale bardziej fizycznie. Wtedy uznałam całkowicie autorytet Boga. Choroba uświadomiła mi, że tylko Bóg ma kontrolę nad wszystkim. Dziękuję Bogu, że mogę Mu ufać w każdej sytuacji, nawet jeśli jej nie rozumiem, ponieważ wiem, że to On ma najlepszy plan dla mojego życia.

Na tym jednym doświadczeniu się nie skończyło…
Po kilku latach doszło kolejne, trudne doświadczenie. Dwa lata temu nasz syn został zdiagnozowany – stwardnienie rozsianym. To był szok. Całkowicie nas to zaskoczyło, ale nie przygniotło. Widzę, jak Bóg poprzez moją chorobę przygotował nas i naszego syna do tej sytuacji. Tak naprawdę ja nawet nie pytam „dlaczego?”. Nigdy nie zadawałam Bogu takiego pytania.

Nie kłóciłaś się z Bogiem, nie buntowałaś się?
Nie. Odwrotnie. Oddałam to wszystko Bogu, ufając że On ma najlepsze rozwiązania, że jak obiecał, jest zawsze z nami, nigdy nas nie opuści i nie porzuci.

Jaka jest Twoja definicja cierpienia?
Nigdy nie myślałam o definicji cierpienia. Każdy ma pewnie inną. Dla mnie cierpieniem było przejście przez chorobę. Boli mnie, gdy widzę mojego syna, jak cierpi. Mam w tym wszystkim odniesienie do cierpienia Jezusa, który z miłości do nas umarł na krzyżu. Tego nie można z niczym porównać. Nie skupiam się w ogóle na cierpieniu, jest przecież częścią naszego ziemskiego życia.

Rozmyślałaś o śmierci przed operacją? Przeczuwałaś, że możesz umrzeć? Zostawić męża, dziecko? To jest dobry powód, by mieć pretensje do Boga.
Miałam świadomość śmierci, bo rak był bardzo agresywny i złośliwy. Lekarze nie wiedzieli, jaki będzie efekt leczenia. Nasz syn miał wtedy 12 lat. Gdy powiedzieliśmy mu o mojej chorobie, jego pierwsze pytanie brzmiało: „czy mama umrze?”. Wtedy mój mąż mądrze odpowiedział: „Oczywiście, kiedyś mama umrze. Tak jak wszyscy kiedyś umrzemy. Wiemy jednak, że Pan Bóg czuwa nad wszystkim, mamy dobrego lekarza i będziemy robić wszystko, żeby mamę leczyć. Jeśli się uda, to mama będzie żyła”.

Nie zastanawiałaś się, dlaczego Bóg nie uczynił dla Ciebie cudu? Tyle było modlitw za Ciebie, a mimo tego nie uniknęłaś operacji.
Wiem, że Bóg może spektakularnie uzdrowić każdego. On ma moc i nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Za sam cud uważam to, że mój rak został wykryty przez pielęgniarkę, bo był tak umiejscowiony, że badania go nie wykazały oraz że są leki, które w moim przypadku zadziałały. To był dla mnie cud, a operacja, naświetlania czy leki były jego częścią. Oczywiście, wiele osób się modliło o moje uzdrowienie. Wierzę, że modlitwa ma ogromną moc.

W jaki sposób wyładowywałaś emocje?
Gdy dostajesz chemię i masz w sobie truciznę, wpływa ona na cały organizm. Byłam osłabiona, miałam huśtawki nastrojów. Czasami potrzebowałam popłakać, czasami potrzebowałam być sama. Myślałam, że w tym czasie będę czytać ciekawe książki, oglądać filmy. Nie byłam w stanie niczego zrobić. Jednak codziennie sięgałam po Boże Słowo, czasami był to tylko jeden werset. To dawało mi siłę. Nie było zwątpienia, nie było depresji. Najdotkliwiej odczuwałam fizyczne zmęczenie. Choroba pokazała mi, że nie mam kontroli nie tylko nad swoim życiem, ale także nad moim ciałem. To Bóg ma kontrolę nad wszystkim.

Dziękuję, że mi o tym opowiedziałaś, bo zdaję sobie sprawę, że przywoływanie tamtych emocji nie należy do przyjemnych. Chciałabym Cię jeszcze zapytać o syna. Według lekarzy jest on nieuleczalnie chory. Jak radzisz sobie z bólem, że nie możesz mu pomóc?
Modlimy się o cud wyleczenia, zatrzymania tej choroby. Jako matka cierpię, bo chciałabym pomóc, jak to tylko jest możliwe, a nie zawsze mogę. Syn cierpi na bezsenność, która jest skutkiem choroby. Widzisz dziecko, które jest zmęczone, nie może się uczyć, bo ma pustkę w głowie, zmaga się ze swoją fizycznością. Na pewno chciałabyś pomóc. Oczywiście to mnie boli, ale oddaję to Panu Bogu.

W końcu to też jest Jego dziecko…
Tak. Gdy urodził się nasz syn, od razu oddałam go Panu Bogu. To był prezent od Boga, przecież miałam prawie 40 lat. Gdy Jan stał się nastolatkiem, powiedziałam: „Panie Boże, ja już nie mam wpływu na wiele rzeczy, więc Ty go wychowuj, prowadź i strzeż. Tylko Ty możesz przemienić jego umysł i serce. Proszę, by ufał Tobie przez całe swoje życie”.

Spotykasz się może ze współczuciem ludzi, że wierzysz Bogu mimo tego, że nie oszczędził Cię przed cierpieniem?
Myślę, że to nie jest współczucie. Ludzie obserwują mnie i pragną mieć takie zaufanie do Boga, jakie ja mam. Oni też tego szukają, ale nie potrafią znaleźć. Wtedy ja mogę powiedzieć, że mogą zrobić to samo, co ja, oddać swoje życie Bogu.

Jakie masz plany na przyszłość?
Naszym marzeniem jest wrócić do Koła. Tutaj czujemy się potrzebni, z Kołem jesteśmy związani emocjonalnie: rodzina, przyjaciele, domowe grupy biblijne. Ameryka poradzi sobie bez nas. Czekamy na Boże wskazówki, jesteśmy do Jego dyspozycji.

Nie lepiej jest zostać w Stanach?
Nie jest lepiej. Nie wyjechaliśmy do USA w poszukiwaniu lepszego życia, ale z powodu syna. Chcieliśmy, by kontynuował edukację w szkole chrześcijańskiej. W tym roku nasz syn skończył szkołę średnią, rozpoczyna studia na chrześcijańskiej uczelni. Pan Bóg wykorzystał mój pobyt w Stanach, prowadzę domową grupę biblijną z Polkami, uzdolnił mnie do prowadzenia grupy Amerykanek, choć wydawało mi się to niemożliwe z moją znajomością angielskiego. On jest większy od naszych ograniczeń.

Jak łączysz bycie mamą, żoną i powiernicą wielu kobiet? Nie jesteś tym zmęczona?
Fizycznie częściej niż duchowo. Wiele z tych historii jest trudnych i przytłaczających. Wiem, że nie zawsze mogę pomóc, ale zawsze mogę wysłuchać i modlić się. Tylko Pan Bóg może przemienić czyjeś życie. Nie wypalam się, nie jestem zniechęcona, bo Bóg jest moim akumulatorem. Chcę każdego dnia być świadectwem choć dla jednej osoby. Są momenty, że potrzebuję być z dala od ludzi i daję sobie czas na odpoczynek. Mam też mentorki, mogę z nimi rozmawiać i modlić się.

Masz jakąś myśl, sentencję, credo, które zawsze powtarzasz sobie i innym?
Pierwsza: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia” (List do Filipian 4,13) – w Chrystusie. Druga: „U Boga wszystko jest możliwe” (Ewangelia Mateusza 19,26). Nawet jeśli czegoś nie rozumiem, to nie ma to znaczenia, bo Bóg jest ponad wszystkim. I mam moc w Nim. Każdy może mieć taką moc. Pokój i radość mogę mieć tylko w Chrystusie.

Co powiesz kobietom, które w tej chwili cierpią z jakiegoś powodu?
Dla mnie lekarstwem są wiara i zaufanie Bogu. To po pierwsze. Po drugie, poznawanie Boga przez codzienne czytanie Biblii i trzymanie się Jego obietnic. A kobietom, które żyją z Bogiem, ale słabną w wierze, radzę znaleźć dojrzalszą od siebie Bożą kobietę, by razem studiować Słowo Boże i modlić się. Niech proszą o jedną taką osobę, a Bóg na pewno postawi ją na ich drodze.

Dziękuję!

 

Losy ludzkie są różne. Są tacy, którzy mocno przeżywają trudności, choć emocje mogą być nieadekwatne do sytuacji. Są też tacy, którzy mimo bólu wewnętrznego nie wydadzą z siebie ani jednego jęknięcia podkreślającego ich położenie. W końcu to nie przysłowiowa ślepota czyni człowieka nieszczęśliwym, ale opinia ślepego o jego kalectwie…

Inspirują mnie ludzie, którzy potrafią patrzeć wyżej, poza horyzont, gdzie tylko duchowy „zoom” dostrzega to, co niewidzialne dla fizycznych oczu. Z obserwacji wynika, że wyzwala się wtedy energia do działania, pochodząca z Bożego serca. Daje to też nadzieję na przyszłość. Z kolei czekanie na realizowanie się planów Bożych to po prostu wejście w Jego obietnice. Przechodzą mnie przyjemne dreszcze na myśl, że są one dostępne dla każdego, kto pragnie relacji z Bogiem!

Kamila Walczak

Czytaj także

zobacz listę wszystkich artykułów

Nasi partnerzy