Z szybkością ponaddźwiękową

Nie możesz nie robić tego, co jest twoim darem, bo „ciągnie cię do tego, jak pijoka do gospody”.

Nie możesz nie robić tego, co jest twoim darem, bo „ciągnie cię do tego, jak pijoka do gospody”.

– Kochanie, nie przeszkadzam? Chciałam wam tylko powiedzieć, że… – wyrzuca z siebie zdania jak torpeda. Mistrzostwo świata w szybkości mówienia. Ledwie nadążam ze słuchaniem. –  Chciałam wam podziękować za to, co robicie. Jesteście kochani…. Podarowałam wasze teksty dalej i wiele osób mówi, że…

Nim się zorientuję, za co mi dziękuje (czego gratuluje czy za co chwali) i zanim zdążę odpowiedzieć, ona już kończy rozmowę i odkłada słuchawkę. A ja zostaję z poczuciem niedosytu, że bardziej jej nie podziękowałam za te wszystkie ogromnie miłe zdania, ale też z uczuciem, jakby ktoś posmarował moje serce miodem.

Niezwykła kobieta – z ciałem po osiemdziesiątce (ponoć), ale z duchem bardzo młodej kobiety, wręcz dziewczyny. Od dzieciństwa cierpiąca na schorzenie biodra, będące konsekwencją przejścia szkarlatyny, schorowana tak bardzo, że żyje – jak sama mówi – tylko dzięki Bożej łasce. Serce ledwie bije, nogi nie chcą nosić, ale duch – biega z szybkością ponaddźwiękową.

Nigdy nie słyszałam, żeby narzekała, skarżyła się czy utyskiwała – no, może tylko wtedy, gdy ze względów zdrowotnych nie mogła już odwiedzać pacjentów w szpitalu. Te odwiedziny to była jej ukochana służba, główny punkt każdego dnia. W Szpitalu Śląskim w Cieszynie znali ją i kochali wszyscy – od dyrektora po salowe. I wszyscy nazywali Ciocinką. Chorym niosła pociechę, nadzieję, słowa pokrzepienia. Zawsze z torbą pełną „wyroczków” czyli wersetów biblijnych oraz różnych broszurek, kserówek artykułów z chrześcijańskich gazet. Nawet gdy jej lekarz zabronił tych odwiedzin, bo była zbyt słaba i każde wyjście sama odchorowała, ona chodziła tam dalej, bo jak twierdziła „ciągnie ją tam jak pijoka do gospody”. Według mnie to najlepsza definicja daru duchowego. Nie możesz nie robić tego, co jest twoim darem, bo „ciągnie cię do tego, jak pijoka do gospody”.

Dziś też zadzwoniła.

„Kochanie, chciałam powiedzieć, że zaakceptowałam to, że tu jestem – wyrzuciła znów jak karabin, mówiąc o swojej przeprowadzce do Domu Opieki Soar w Bielsku. Jestem tu od trzech miesięcy i jest mi tu bardzo dobrze. Bo w dawnym mieszkaniu…– i tu znajduje minusy mieszkania, z którego nie chciała się dotychczas absolutnie wyprowadzić. Jej szklanka znów jest do połowy pełna. Nie, nie do połowy – jest pełna!  – Mogę tu chodzić do pastorowej Wegertowej i się z nią modlić. Ona mi mówi, że robię jej nabożeństwa” – znów jest w swoim żywiole, znów „ nie może nie mówić o tym, co widziała”. Nie sposób przy tym nie wspomnieć, że pastorowa Wegertowa ma 105 lat.

A potem Ciocinka mówi kilka zachęcających, wspaniałych zdań na temat książki „Narodziny perły”, której słucha codziennie wieczorem w programie „Po prostu”. Moje serce po rozmowie z nią znów zostaje „polane słodyczą”.

Zastanawiam się, czy ona nie jest młodsza ode mnie.

Lidia Czyż

Czytaj także

Droga K

Droga K,

długo nosiłam się z zamiarem napisania tego listu. Czułam, że potrzebuję tego i ja, i Ty. Już chciałam napisać „zatem do rzeczy” lub „nie owijając w bawełnę”, jednak powstrzymałam się, bo przecież nie lubisz, gdy tak pędzę, albo gdy ucinam nasz kontakt ostrym nożem konkretu.

Spróbuję zatem inaczej, z większą czułością i bez ponaglania za każdym przecinkiem czy kropką.

Nie zdawałam sobie sprawy, jak trudno usiąść do napisania kilku słów Kobiecie, którą zna się już od tylu lat, która tyle o tobie wie, przed którą niewiele można ukryć. Trudność polega na niemożności zaskoczenia Cię, sprawienia Ci niespodzianki. Ty domyślasz się tak wielu rzeczy, nie pozwalasz sobie na radość wynikającą z odkrycia czegoś, czego nigdy się nie spodziewałaś. Lubisz przewidywalność, ale zatracasz dla niej przyjemność z tych wszystkich zwykłych dni, chwil, w których mogłabyś odpocząć, podumać, pośmiać się, po prostu dać się zaskoczyć.

Lubisz wiedzieć, być na czasie, znać fakty i odpowiedzi na pojawiające się odwieczne pytania. Chcesz mieć swoje stanowisko, chcesz być słyszana. Cenię to i uważam Cię za twórczą osobę. Widzę, kiedy gnasz do przodu z wizją jakiejś zmiany. Ekscytuje mnie Twoja siła i determinacja do pracy nad sobą. Zauważam zmianę, jaka zaszła w Twoim życiu w ostatnich latach. Cieszę się z każdego Twojego sukcesu: dotrzymanego słowa i terminu, dobrych myśli na temat osób, wobec których byłaś kiedyś bardzo krytyczna. Idziesz w dobrym kierunku. Na tej drodze jest więcej przestrzeni do wyrażania szacunku i miłości, jak również do przebaczenia.

Podoba mi się, że potrafisz o siebie lepiej zadbać, nazwałaś swoje granice i stoisz na ich straży. Jestem znacznie spokojniejsza, gdy widzę, jak nie poddajesz się stresowi. Jeszcze nie tak dawno rozbrajałaś każdą stresującą sytuację na czynniki pierwsze, sądząc, że świat dla Ciebie się skończy lada moment.

Ufasz bardziej swojej intuicji i zaczynasz czerpać z niej siłę do podejmowania decyzji, kończenia tych działań, które nie przynosiły efektów, a jedynie osłabiały Twoją odporność, czy to fizyczną czy emocjonalną, czy duchową.

Zaczynasz powoli wiedzieć, czego chcesz i co jest dla Ciebie ważne. Dorosłaś, choć twierdzisz, że ciągle jesteś jeszcze w życiowym przedszkolu. Najważniejsze, że się nie cofasz, nie oglądasz już tak często wstecz. Idziesz z tym swoim pługiem do przodu.

Wiesz, przeczytałam dzisiaj w Biblii taką historię:„A nauczał w jednej z synagog w sabat. A oto była tam kobieta, od osiemnastu lat cierpiąca, pochylona tak, że zupełnie nie mogła się wyprostować. A Jezus, ujrzawszy ją, przywołał ją i rzekł do niej: Kobieto, uwolniona jesteś od choroby swojej. I położył na nią ręce; i zaraz wyprostowała się, i chwaliła Boga” (Ewangelia Łukasza 13,10–13).

Pomyślałam o Tobie i setkach innych Kobiet, które nie potrafią się wyprostować, które odczuwają fizyczny ból w swoim ciele. O takim bólu rozprawiają głośno w poczekalniach do lekarzy, w kolejce do kasy, czekając na dzieci w przedszkolnej szatni.

Znam jeszcze inny rodzaj bólu – daje fizyczne objawy, ale jego źródło tkwi głęboko w naszych zranionych sercach. Niektóre potrafią z nim żyć, oswajają go jak psa, uśmierzają małą, białą tabletką, lampką wina, tabliczką czekolady z orzechami, papierosem, lekturą, seksem, pracą. Każdy ból niszczy, obrzydza naszą codzienność, zabiera zwykłą radość życia. Czujemy, że jest jakby za karę. Obwiniamy o niego Boga i innych ludzi, zapominając o tym, że to my karzemy się najsurowiej ze wszystkich. Nie bój się tych słów. Kiedyś kara taki miała cel – miała boleć, przynieść refleksję nad popełnionym błędem i zmusić do zadośćuczynienia.

Jezus dotyka tę chorą, złamaną w pół Kobietę. Perspektywa jej patrzenia na świat zmienia się diametralnie. Nie była ani ślepa, ani sparaliżowana. Mogła widzieć, mogła chodzić. Pomyślisz więc, czy miała powody do narzekania? Tak, cierpiała. Żyła w niewygodnej pozycji, jej wzrok padał najczęściej ziemię. Doskonale wiedziała, skąd pochodzi i dokąd wróci. Proch, po którym stąpała, trzymał jej ambicje na smyczy. A jednak Jezus ją uzdrawia. Delikatnym dotykiem przywodzi ją do pionu, tak jakby chciał jej powiedzieć, że od teraz jej życie zyskuje nową perspektywę. Może oddychać pełną piersią, patrzeć przed siebie z pozycji człowieka, który nie musi nieść ciężaru na swoich plecach. Stojąc, chwali Boga i patrzy w niebo, skąd otrzymała pomoc. Została uwolniona.

Wierzę w symbolikę tej historii. Życzę Ci takiej ulgi, jakiej doznała ta doświadczona Kobieta. Chcę Ci też powiedzieć, że kara, jaką sobie zadajesz, nie wnosi kompletnie nic dobrego do życia Twojego i tych, których kochasz. Zadając sobie psychiczny ból i starając się go uśmierzyć na swój własny sposób, odcinasz się od wolności, jaką dał Ci Chrystus. Bądź dla siebie lepsza, bądź lepsza dla innych Kobiet. Poczuj ulgę. Daj się dotknąć Jego przebaczającym Słowem.

Tobie – Ja

zobacz listę wszystkich artykułów

Nasi partnerzy