Wydaje mi się, że coś wiem

Janek to kilkuletni chłopiec przebywający na oddziale hematologii dziecięcej, znajduje się w terminalnym stadium choroby.

Janek to kilkuletni chłopiec przebywający na oddziale hematologii dziecięcej, znajduje się w terminalnym stadium choroby. Jego rodzice nie poradzili sobie z sytuacją i po usłyszeniu diagnozy przestali odwiedzać dziecko w szpitalu.Na oddziale pracuje młoda dziewczyna, psycholog, która po kilku latach opowiada z głębokim poruszeniem o tym, jak na prośbę Jasia kładła się przy nim w łóżku, bo bał się ciemności. Jej opowieść słyszę na jakiejś konferencji. Postawa tej kobiety budzi mój głęboki szacunek, widzę w niej człowieka, który staje przy umierającym dziecku i robi to, co potrafi, pomaga, ale jednocześnie czuje, cierpi, płacze, nawet kiedy Janka nie ma już na oddziale.

I ja – trzydziestoletni facet po studiach. Wydaje mi się, że coś wiem i potrafię. Mam satysfakcjonującą pracę, w której mogę się rozwijać, aż chciałoby się użyć frazesu, że świat stoi przede mną otworem.

W parafialnym biurze dzwoni telefon, po drugiej stronie słuchawki głos pana Bolesława, sympatycznego starszego człowieka, którego kojarzę z kościoła. Prosi żebym przyszedł z Komunią. Widać gorzej się poczuł, nie było go na niedzielnym nabożeństwie, tłumaczę sobie. Świat jest przecież prosty, a może tak mi się wydaje? Po jakimś czasie jestem pod jego domem, dzwonię, drzwi się otwierają i w ciągu kilkudziesięciu sekund wszystko się zmienia. Staję przy łóżku kobiety, która znajduje się w ostatniej fazie choroby nowotworowej. Zdaje sobie sprawę z tego, co się z nią dzieje, a ja, stojąc przy niej, zastanawiam się, co powiedzieć. Moja rozterka nie dotyczy treści ewangelii o pojednaniu człowieka z Bogiem przez krzyżową śmierć Chrystusa. Nie mam wątpliwości co do tego, że jedyną sensowną rzeczą, którą człowiek może zrobić, niezależnie od stanu zdrowia, wieku czy profesji, to rzucić się z wiarą w otwarte Chrystusowe ramiona.
Zastanawiam się jednak, jakich użyć słów, żebym nie był podobny do przemawiających przyjaciół Hioba, prawiących mu „mądre kazania”, z drugiej zaś strony, żebym był tym, który przynosi pocieszenie i nadzieję we właściwy sposób.

Wracam do domu. Myślę cały czas o kobiecie, którą odwiedziłem. Zastanawiam się, czym się różni ode mnie, od moich bliskich? Czy tylko wiekiem i tym, że choruje? W tej chwili błogosławieństwem staje się dla mnie moja żona-przyjaciel, która pozwala mi na długie milczenie, potok słów i łzy. Do głowy przychodzi mi też zdanie księdza Jana Twardowskiego: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Czy to tylko literatura piękna?

ks. Grzegorz Giemza

Czytaj także

Droga K

Droga K,

długo nosiłam się z zamiarem napisania tego listu. Czułam, że potrzebuję tego i ja, i Ty. Już chciałam napisać „zatem do rzeczy” lub „nie owijając w bawełnę”, jednak powstrzymałam się, bo przecież nie lubisz, gdy tak pędzę, albo gdy ucinam nasz kontakt ostrym nożem konkretu.

Spróbuję zatem inaczej, z większą czułością i bez ponaglania za każdym przecinkiem czy kropką.

Nie zdawałam sobie sprawy, jak trudno usiąść do napisania kilku słów Kobiecie, którą zna się już od tylu lat, która tyle o tobie wie, przed którą niewiele można ukryć. Trudność polega na niemożności zaskoczenia Cię, sprawienia Ci niespodzianki. Ty domyślasz się tak wielu rzeczy, nie pozwalasz sobie na radość wynikającą z odkrycia czegoś, czego nigdy się nie spodziewałaś. Lubisz przewidywalność, ale zatracasz dla niej przyjemność z tych wszystkich zwykłych dni, chwil, w których mogłabyś odpocząć, podumać, pośmiać się, po prostu dać się zaskoczyć.

Lubisz wiedzieć, być na czasie, znać fakty i odpowiedzi na pojawiające się odwieczne pytania. Chcesz mieć swoje stanowisko, chcesz być słyszana. Cenię to i uważam Cię za twórczą osobę. Widzę, kiedy gnasz do przodu z wizją jakiejś zmiany. Ekscytuje mnie Twoja siła i determinacja do pracy nad sobą. Zauważam zmianę, jaka zaszła w Twoim życiu w ostatnich latach. Cieszę się z każdego Twojego sukcesu: dotrzymanego słowa i terminu, dobrych myśli na temat osób, wobec których byłaś kiedyś bardzo krytyczna. Idziesz w dobrym kierunku. Na tej drodze jest więcej przestrzeni do wyrażania szacunku i miłości, jak również do przebaczenia.

Podoba mi się, że potrafisz o siebie lepiej zadbać, nazwałaś swoje granice i stoisz na ich straży. Jestem znacznie spokojniejsza, gdy widzę, jak nie poddajesz się stresowi. Jeszcze nie tak dawno rozbrajałaś każdą stresującą sytuację na czynniki pierwsze, sądząc, że świat dla Ciebie się skończy lada moment.

Ufasz bardziej swojej intuicji i zaczynasz czerpać z niej siłę do podejmowania decyzji, kończenia tych działań, które nie przynosiły efektów, a jedynie osłabiały Twoją odporność, czy to fizyczną czy emocjonalną, czy duchową.

Zaczynasz powoli wiedzieć, czego chcesz i co jest dla Ciebie ważne. Dorosłaś, choć twierdzisz, że ciągle jesteś jeszcze w życiowym przedszkolu. Najważniejsze, że się nie cofasz, nie oglądasz już tak często wstecz. Idziesz z tym swoim pługiem do przodu.

Wiesz, przeczytałam dzisiaj w Biblii taką historię:„A nauczał w jednej z synagog w sabat. A oto była tam kobieta, od osiemnastu lat cierpiąca, pochylona tak, że zupełnie nie mogła się wyprostować. A Jezus, ujrzawszy ją, przywołał ją i rzekł do niej: Kobieto, uwolniona jesteś od choroby swojej. I położył na nią ręce; i zaraz wyprostowała się, i chwaliła Boga” (Ewangelia Łukasza 13,10–13).

Pomyślałam o Tobie i setkach innych Kobiet, które nie potrafią się wyprostować, które odczuwają fizyczny ból w swoim ciele. O takim bólu rozprawiają głośno w poczekalniach do lekarzy, w kolejce do kasy, czekając na dzieci w przedszkolnej szatni.

Znam jeszcze inny rodzaj bólu – daje fizyczne objawy, ale jego źródło tkwi głęboko w naszych zranionych sercach. Niektóre potrafią z nim żyć, oswajają go jak psa, uśmierzają małą, białą tabletką, lampką wina, tabliczką czekolady z orzechami, papierosem, lekturą, seksem, pracą. Każdy ból niszczy, obrzydza naszą codzienność, zabiera zwykłą radość życia. Czujemy, że jest jakby za karę. Obwiniamy o niego Boga i innych ludzi, zapominając o tym, że to my karzemy się najsurowiej ze wszystkich. Nie bój się tych słów. Kiedyś kara taki miała cel – miała boleć, przynieść refleksję nad popełnionym błędem i zmusić do zadośćuczynienia.

Jezus dotyka tę chorą, złamaną w pół Kobietę. Perspektywa jej patrzenia na świat zmienia się diametralnie. Nie była ani ślepa, ani sparaliżowana. Mogła widzieć, mogła chodzić. Pomyślisz więc, czy miała powody do narzekania? Tak, cierpiała. Żyła w niewygodnej pozycji, jej wzrok padał najczęściej ziemię. Doskonale wiedziała, skąd pochodzi i dokąd wróci. Proch, po którym stąpała, trzymał jej ambicje na smyczy. A jednak Jezus ją uzdrawia. Delikatnym dotykiem przywodzi ją do pionu, tak jakby chciał jej powiedzieć, że od teraz jej życie zyskuje nową perspektywę. Może oddychać pełną piersią, patrzeć przed siebie z pozycji człowieka, który nie musi nieść ciężaru na swoich plecach. Stojąc, chwali Boga i patrzy w niebo, skąd otrzymała pomoc. Została uwolniona.

Wierzę w symbolikę tej historii. Życzę Ci takiej ulgi, jakiej doznała ta doświadczona Kobieta. Chcę Ci też powiedzieć, że kara, jaką sobie zadajesz, nie wnosi kompletnie nic dobrego do życia Twojego i tych, których kochasz. Zadając sobie psychiczny ból i starając się go uśmierzyć na swój własny sposób, odcinasz się od wolności, jaką dał Ci Chrystus. Bądź dla siebie lepsza, bądź lepsza dla innych Kobiet. Poczuj ulgę. Daj się dotknąć Jego przebaczającym Słowem.

Tobie – Ja

zobacz listę wszystkich artykułów

Nasi partnerzy