Wielki dom

"Pierwsza w obronie młodości stanęła starsza pani. Być może nieustannie i umiejętnie syciła się kolejną sensacją wywołaną przez młodych."

„Pierwsza w obronie młodości stanęła starsza pani. Być może nieustannie i umiejętnie syciła się kolejną sensacją wywołaną przez młodych.”

„Mój dom po latach”
Mieszkam tu nadal,
w coraz bardziej moim domu.
Tu, gdzie rodzi się nadzieja,
gdzie umiera się w snach rozkosznych.
Schody zamieniam tu
na górską ścieżkę.
I wspinam się nimi na dach świata.
Za oknem wznoszą się drzewa ku niebu.
Coraz wcześniej zastyga dzień.
A wówczas czerń krzepnie wszędzie.
W niej zakwitają gwiazdy dalekie.
I pociągają mnie w tej rozmowie
ku sobie.
Chociaż mieszkam właśnie tu,
w coraz bardziej moim domu.

Kiedyś, kiedy paliłem Deesy, ten wielki dom zdał mi się porównywalny z dostojną, średniowieczną katedrą. Porównywalny z mądrością młodych i pięknych umysłów, dla których życie nigdy się nie kończy, bo jest w ich mniemaniu wieczne. A teraz tu mieszka razem z nimi pod jednym dachem. Ja, klucznik, znam tu każdy zakamarek. Nie ma drzwi, których nie otworzyłem. Nieuchronnie zawyżam coraz bardziej średnią wieku mieszkańców. Jednocześnie oni pozwalają mi czuć się rówieśnikiem, wspólnikiem, powiernikiem. Przynajmniej w podświadomości. Ich dom jest tu jakby tylko na chwilę. Kawałki nieudanego dnia lądują w koszu. Słodkawy zapach starego kołacza unosi się ponad rzeźbą schodów. Urwane klamki i świty. Połamane krzesło i rozbita szyba. Usiłując to uporządkować, jeszcze wierzę, że swego czasu nie wyrzucę do kosza nieprzydatności. Tu, w niedoszłej mojej katedrze, w pokoju z numerem. Ale bez indeksu. Z piętnem zarwanej nocy. Za oknem znaleźć można skundlony blues i ucieczkę. A może tylko śmiecie, które w głowie zbyt huczą. Tak, to trzeba uporządkować. Zagrabić wraz ze starą trawą i zeszłorocznymi liśćmi. To jest dla mnie niezrozumiałe, bo nie umiem pozyskać sprzymierzeńców. Kolejna draka wpisała się tu  niepostrzeżenie przemytem. Jak przez niedomknięte drzwi regulaminu. Jak zgubiona moneta wyniesionych z rodzicielskiego gniazda wartości.

Pierwsza w obronie młodości stanęła starsza pani. Być może nieustannie i umiejętnie syciła się kolejną sensacją wywołaną przez młodych. Przecież oni dopiero kształtują swoje charaktery. Dlatego są tacy nieuczesani. I są z innej strefy czasowej. Pamiętaj – siódma rano, środek nocy. Bardzo chciałem zapomnieć wszelkie nieudane potyczki o zachowanie ciszy nocnej. Wesołość korytarzowej nocnej imprezki przekładała się na moje negatywne nastawienie do porządku jaki zastałem, do ludzi. Powiedziałem więc im na samowolnej interwencji w desperacji – spieprzaj, nie jesteś stąd! To było niepotrzebne starcie. Bolesny klincz. Bo tamci wpadli prawie w rozpacz. Jak pan nam mógł tak powiedzieć!? W przykrótkim płaszczyku, z instrumentem w ręce szedł za mną wytrącony z dobrego nastroju. I jakby nie słysząc mojego kolejnego przepraszam, jak mantrę powtarzał – no jak pan nam tak mógł powiedzieć.

Górowali nade mną w swoich pertraktacjach o ciszę. Byli bardziej u siebie aniżeli ja, człowiek na kontrakcie. Swoim zjawieniem się w ich za głośnej przestrzeni chciałem zapewnić swej rodzinie spokój. I byt. Ale wkręcałem się zbyt mocno w historie pozostałych lokatorów. Oto przyszedł ten, aby nam nasz wabik, muzyczność i żarty poskromić, pokazać, że są jakieś normy. O, znamy, go, znamy. Psuje nam ucieczkę od obowiązków. Deformuje nam radość bezgrzesznych lat. Swawolę zabawy. Psuja jeden. Jednak kłaniali mi się uprzejmie nadal. I nastał dzień, kiedy sami poprosili o ciszę. Nie, nie dla siebie. Ale dlatego śpiącego w kątku dzieciątka. Nie umiałem tego alegorycznie powiązać, zrozumieć, że Narodziny mogą nas przeobrazić. Uczyłem się tej Młodości nieustannie. Kiedy myślałem, że już oswoiłem sobie ten żywioł, że mam już zaliczoną kolejną życiową sesję, przychodziło żegnać się. Zostawiali w depozycie podarki wdzięczności. Ku memu zaskoczeniu. Fotograficzny portret dwóch serc na rowerze. Płytę CD z pierwszą nagraną piosenką. Grafikę z miniaturą odpływającego stateczku. Notesik własny ze złotymi myślami. Książkę z dedykacją. Wiersz jak laurkę. Francuskie wydanie Biblii. Statuetkę z dyplomem.

Dialog mój z Młodością jest tu, gdzie żyję, mieszkam i pracuję, nieunikniony. Wymaga ode mnie szczerych i jasnych odpowiedzi. Jeszcze plącze mi się język i nie wiem, jak nazwać ich grzeczność, która czasem brzmi jak grzeszność. Bo sytuacje zmieniają się jak w przysłowiowym kalejdoskopie. Jakby nieustannie w młodych, głodnych umysłach odradzała się myśl o augustiańskim Państwie Bożym. Bo przecież nie samą imprezką człowiek żyje. Stąd akcje, które oczyszczają, równoważą społeczny, nie zawsze jednolity obraz środowiska. „Wampiriada” na placu w autobusie. Nie, w czym takim już nie uczestniczę. Za stara jest moja krew, aby się nią zdrowo dzielić. Cóż, moja młodość, której się tu zdążyłem nauczyć i sprzymierzyć do niej inną, bezpowrotnie przemija. Choć duszę ciągnie zobaczyć, na czym Młodość opiera swoją grzeczność, poprawną ponętność. W salce kameralnej, przemianowanej też na kaplicę, można się było podciągnąć z zagadnień teologii praktycznej. Daję się więc pozytywnie sprowokować do działań w stylu „Wychyl się”. Podciągnąłem się z komunikacji interpersonalnej. Przełamałem się i nauczyłem dzielić radością. Nie wiem czy w porę. Bo tamci akurat są na ucieczce od deprechy. Na niezrozumianych ciągle dla mnie zakrętach. Bo nie udało się, kolejny raz przegrało. Ale trzeba gnać do przodu, aby się rozwijać. Zresztą, przestań pytać. I lepiej powiedz, dziadek, czy one cię, tu na łące, w kąpieli słonecznej, nie rajcują? Nie, nie możemy być razem. Bo kiedyś trzeba by skoczyć z mostu. Na głęboką wodę. Lepiej się, dziadek, za dużo nie wychylaj. Szkoda by cię było. Kiedy ze mną rozmawia Młodość, jest coraz bardziej zadziwiająca. Potrafi na korytarzu przytulić kota. Codziennie wyprowadza psa na sikanie. Jeździ w ważne miejsca na świecie. Świetnie mówi po angielsku, choć nadal z polskim idiomem swej duszy. Nadal wysiaduje w parku na rzeźbie schodów w strefie eksterytorialnej. Tu mają swój azyl razem z tymi, którym się zdaje, jak mnie kiedyś, że zamiast bloku, widać katedrę z klubem. Chociaż coraz więcej z mich przedkłada drugi fakultet, albo zagraniczne stypendium nad kontemplacje pod parkową wierzbą. Nie mają więc czasu pogadać. Bo to luksus dla nielicznych. Nasz dialog jednak trwa. Jest wielowątkowy. Ma różne imiona i mieszka w różnych miejscach. Spotykamy się w ogrodzie za miastem, w internetowej przestrzeni. Spotykamy się, aby się przekonać jacy jesteśmy naprawdę. Że na starość coraz bardziej nie można zapomnieć Młodości.

21 02 2016

Stanisław Malinowski

Czytaj także

Droga K

Droga K,

długo nosiłam się z zamiarem napisania tego listu. Czułam, że potrzebuję tego i ja, i Ty. Już chciałam napisać „zatem do rzeczy” lub „nie owijając w bawełnę”, jednak powstrzymałam się, bo przecież nie lubisz, gdy tak pędzę, albo gdy ucinam nasz kontakt ostrym nożem konkretu.

Spróbuję zatem inaczej, z większą czułością i bez ponaglania za każdym przecinkiem czy kropką.

Nie zdawałam sobie sprawy, jak trudno usiąść do napisania kilku słów Kobiecie, którą zna się już od tylu lat, która tyle o tobie wie, przed którą niewiele można ukryć. Trudność polega na niemożności zaskoczenia Cię, sprawienia Ci niespodzianki. Ty domyślasz się tak wielu rzeczy, nie pozwalasz sobie na radość wynikającą z odkrycia czegoś, czego nigdy się nie spodziewałaś. Lubisz przewidywalność, ale zatracasz dla niej przyjemność z tych wszystkich zwykłych dni, chwil, w których mogłabyś odpocząć, podumać, pośmiać się, po prostu dać się zaskoczyć.

Lubisz wiedzieć, być na czasie, znać fakty i odpowiedzi na pojawiające się odwieczne pytania. Chcesz mieć swoje stanowisko, chcesz być słyszana. Cenię to i uważam Cię za twórczą osobę. Widzę, kiedy gnasz do przodu z wizją jakiejś zmiany. Ekscytuje mnie Twoja siła i determinacja do pracy nad sobą. Zauważam zmianę, jaka zaszła w Twoim życiu w ostatnich latach. Cieszę się z każdego Twojego sukcesu: dotrzymanego słowa i terminu, dobrych myśli na temat osób, wobec których byłaś kiedyś bardzo krytyczna. Idziesz w dobrym kierunku. Na tej drodze jest więcej przestrzeni do wyrażania szacunku i miłości, jak również do przebaczenia.

Podoba mi się, że potrafisz o siebie lepiej zadbać, nazwałaś swoje granice i stoisz na ich straży. Jestem znacznie spokojniejsza, gdy widzę, jak nie poddajesz się stresowi. Jeszcze nie tak dawno rozbrajałaś każdą stresującą sytuację na czynniki pierwsze, sądząc, że świat dla Ciebie się skończy lada moment.

Ufasz bardziej swojej intuicji i zaczynasz czerpać z niej siłę do podejmowania decyzji, kończenia tych działań, które nie przynosiły efektów, a jedynie osłabiały Twoją odporność, czy to fizyczną czy emocjonalną, czy duchową.

Zaczynasz powoli wiedzieć, czego chcesz i co jest dla Ciebie ważne. Dorosłaś, choć twierdzisz, że ciągle jesteś jeszcze w życiowym przedszkolu. Najważniejsze, że się nie cofasz, nie oglądasz już tak często wstecz. Idziesz z tym swoim pługiem do przodu.

Wiesz, przeczytałam dzisiaj w Biblii taką historię:„A nauczał w jednej z synagog w sabat. A oto była tam kobieta, od osiemnastu lat cierpiąca, pochylona tak, że zupełnie nie mogła się wyprostować. A Jezus, ujrzawszy ją, przywołał ją i rzekł do niej: Kobieto, uwolniona jesteś od choroby swojej. I położył na nią ręce; i zaraz wyprostowała się, i chwaliła Boga” (Ewangelia Łukasza 13,10–13).

Pomyślałam o Tobie i setkach innych Kobiet, które nie potrafią się wyprostować, które odczuwają fizyczny ból w swoim ciele. O takim bólu rozprawiają głośno w poczekalniach do lekarzy, w kolejce do kasy, czekając na dzieci w przedszkolnej szatni.

Znam jeszcze inny rodzaj bólu – daje fizyczne objawy, ale jego źródło tkwi głęboko w naszych zranionych sercach. Niektóre potrafią z nim żyć, oswajają go jak psa, uśmierzają małą, białą tabletką, lampką wina, tabliczką czekolady z orzechami, papierosem, lekturą, seksem, pracą. Każdy ból niszczy, obrzydza naszą codzienność, zabiera zwykłą radość życia. Czujemy, że jest jakby za karę. Obwiniamy o niego Boga i innych ludzi, zapominając o tym, że to my karzemy się najsurowiej ze wszystkich. Nie bój się tych słów. Kiedyś kara taki miała cel – miała boleć, przynieść refleksję nad popełnionym błędem i zmusić do zadośćuczynienia.

Jezus dotyka tę chorą, złamaną w pół Kobietę. Perspektywa jej patrzenia na świat zmienia się diametralnie. Nie była ani ślepa, ani sparaliżowana. Mogła widzieć, mogła chodzić. Pomyślisz więc, czy miała powody do narzekania? Tak, cierpiała. Żyła w niewygodnej pozycji, jej wzrok padał najczęściej ziemię. Doskonale wiedziała, skąd pochodzi i dokąd wróci. Proch, po którym stąpała, trzymał jej ambicje na smyczy. A jednak Jezus ją uzdrawia. Delikatnym dotykiem przywodzi ją do pionu, tak jakby chciał jej powiedzieć, że od teraz jej życie zyskuje nową perspektywę. Może oddychać pełną piersią, patrzeć przed siebie z pozycji człowieka, który nie musi nieść ciężaru na swoich plecach. Stojąc, chwali Boga i patrzy w niebo, skąd otrzymała pomoc. Została uwolniona.

Wierzę w symbolikę tej historii. Życzę Ci takiej ulgi, jakiej doznała ta doświadczona Kobieta. Chcę Ci też powiedzieć, że kara, jaką sobie zadajesz, nie wnosi kompletnie nic dobrego do życia Twojego i tych, których kochasz. Zadając sobie psychiczny ból i starając się go uśmierzyć na swój własny sposób, odcinasz się od wolności, jaką dał Ci Chrystus. Bądź dla siebie lepsza, bądź lepsza dla innych Kobiet. Poczuj ulgę. Daj się dotknąć Jego przebaczającym Słowem.

Tobie – Ja

zobacz listę wszystkich artykułów

Nasi partnerzy