Rozmowy z dziećmi

A dlaczego ten krzew jest winny?

A dlaczego ten krzew jest winny?

Moje spotkania z dziećmi w wieku wczesnoszkolnym, pełne spontanicznych wypowiedzi, widzenia świata ich oczami, wrażliwości. Wzruszają mnie, bawią, uczą. Żałuję, że nie spisywałam ich regularnie, bo wiele z tych wypowiedzi uleciało z mojej pamięci.

– Pamiętacie, jak Izraelici uciekali przed Egipcjanami i doszli do morza Czerwonego?
– Tak! Izraelici urządzili sobie nad morzem piknik i tam dopadli ich Egipcjanie.

– Maria miała urodzić Pana Jezusa, ale nie miała męża.
– Proszę pani – cieszy się mała dziewczynka – to tak jak moja mama!

– O Panu Jezusie Biblia mówi, że zwyciężył lew z pokolenia Judy.
– Proszę pani, ja znam tyle ras lwów, ale o takiej jeszcze nie słyszałem.

– Kto pilnował po śmierci Jezusa wejścia do grobu?
– Wojskuni – pada odpowiedź.

– Pan Jezus jest krzewem winnym, a my latoroślami.
– A dlaczego ten krzew jest winny? Co takiego zrobił?

– Co to znaczy społeczność świętych? Kto do niej należy?
– Granica [to nasz kościelny], ksiądz i Pan Bóg.
– I to już wszyscy? – pytam.
– Nooo, ja bym też mógł, gdyby nie mój brat. Przez niego mam duuużo grzechów, bo się bijemy.

Spotkanie z dziećmi z miasta na naszej werandzie. Zauważam, że zniknęła metalowa wycieraczka sprzed drzwi.
– Nie wiecie przypadkiem, co się z nią stało? – pytam.
– Proszę pani, ona mała była, ile byśmy za nią w skupie złomu dostali? – odpowiadają rzeczowo.

Wspominam świąteczne spotkanie wigilijne w tym gronie. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, bywali agresywni, trudni, często przerastało to moje możliwości pedagogiczne…

Tym razem przeszliśmy z pomieszczenia na werandzie do domu, żeby było świątecznie, uroczyście. Nakryłam stół, jedliśmy nie tak jak zwykle skromne kanapki z pasztetem i dżemem. Była prawdziwa kolacja wigilijna. Śpiewaliśmy kolędy, nie potrzebowałam ich do tego zachęcać. Potem rozdałam opłatki, a oni wszyscy wstali i składali sobie życzenia. To był piękny, wzruszający i zaskakujący moment. Nie spodziewałam się, że wytworzą taką atmosferę. Było około 30 dzieci. A potem jeden z nich powiedział: „Gdyby tu był mój tata, to by wszystko porozwalał”. Dzisiaj sam już jest tatą. Zastanawiam się, czy powielił zachowania taty, czy wyniósł też coś z naszych rozmów, spotkań. Często o tym myślę.

Pamiętam przed laty spotkanie już nie tylko z dziećmi, ale też z młodzieżą z miasta. Tak szybko nam dorośli, a my im towarzyszyliśmy. Zdarzył się tragiczny wypadek. Jeden z chłopaków spłonął w domu. Prawdopodobnie był pod wpływem środków odurzających. Mam przed oczami obraz, kiedy siedzą razem, z kubkami herbaty w ręku, wrócili właśnie z pogrzebu. Sporo milczą, a potem skarżą się, że ksiądz pochował ich brata, kolegę, w lekceważący sposób. Minęło sporo czasu, do dziś pamiętam swoją bezradność w tej rozmowie, żal, współczucie. Wstyd, że nie potrafiłam w swojej ocenie sprostać chwili, nie znalazłam słów. Nie wiem, czy dzisiaj umiałabym, może dzieliłabym się szczerze z nimi swoimi emocjami, a nie próbowałabym zaradzić, mówić mądre rzeczy. To takie żałosne.

Siedzę w pokoju z dwójką dzieci, Amelka ma 7 lat, Mateusz 10. Na stole pali się świeca, która jest włożona do pojemniczka pomalowanego w zimową scenerię: otulony śniegiem kościół, drzewa. Mateusz mówi:
– Popatrz, Amelka, jak pięknie świecą się okna w tym kościele od świecy! Jak to pięknie wygląda! Gdybym ja miał coś takiego, to bym sobie patrzył i patrzył.
– Mateusz, możesz sobie zabrać ten pojemniczek do domu i patrzeć – mówię.
– Dziękuję bardzo, proszę pani.
Po chwili dodaje:
– Jednak nie… Podaruję go babci. Bo wie pani, ona jest chora, leży już długo i nie będzie mogła chodzić. W naszym domu nie ma nawet toalety i jest jej ciężko. Ja dam jej tę świeczkę z obrazkiem, będzie sobie patrzeć i będzie jej miło.
Jestem wzruszona, myślę sobie, że jest jeszcze nadzieja dla tego świata.

Danuta Mendroch

Czytaj także

zobacz listę wszystkich artykułów

Nasi partnerzy