Po latach

Czasami musisz po prostu iść bez względu na wszystko, po prostu musisz iść!

Czasami musisz po prostu iść bez względu na wszystko, po prostu musisz iść!

Ile ma Pani lat?
83

Pani pierwsze wspomnienie?
W czasie Świąt Bożego Narodzenia, miałam chyba ze dwa latka, dostałam od Mikołaja kolejkę elektryczną. Pamiętam, że mój tata i jego wujek rozłożyli ją w moim pokoju i bawili się całe popołudnie! Śmiali się i mieli niezły ubaw. Tata co roku dokupował do tej kolejki wagony i w końcu mieliśmy pięć różnych wagoników z małymi lampkami.

Może mi Pani opowiedzieć o D.?
Była moją czwartą córką. Cudowne, słodkie dziecko z pięknymi blond lokami. Jej włosy kręciły się bardziej niż pozostałych dziewczynek, wyglądały jak złote pierścienie. Do tego te błękitne oczy! Wyglądała jak lalka.

Była nie tylko ładna….
Zgadza się, była też bardzo utalentowana. Uczyłam baletu i wszystkie córki chodziły na moje lekcje. Kiedy D. miała 3 latka, jej dziadek przyjechał w odwiedziny. U nas w mieście były wtedy występy i D. sama zatańczyła układ do całej piosenki. Wiedziałam, że ona sobie da radę. Wykonała to idealnie. Była przebojowa!

A później?
Z czasem przerodziła się w prowokatorkę. Myślę, że wiele rzeczy, które zrobiła, były po to, by zwrócić na siebie uwagę. Miała może 10 czy 12 lat, gdy zupełnie przestała o siebie dbać. Nie myła się, nosiła stare ubrania, nie myła nawet zębów. Po prostu cuchnęła i nic ją to nie obchodziło. Siostry nie chciały przebywać z nią, nie chciały spać z nią w pokoju, bo naprawdę śmierdziała, a ona miała to w nosie. Nic nie skutkowało, więc w końcu wysłałam ją do mojej mamy. To ją zmieniło. Moi rodzice ją strasznie kochali. Może D. potrzebowała tej czułości i poświęconego jej czasu.

Nie miała Pani dla niej wiele czasu?
Miałam pięcioro dzieci i pracowałam na całym etacie. Mój mąż zaczął pić i to przerodziło się w nałogowy alkoholizm. Stracił pracę i cały czas spędzał  z koleżkami z baru, często przyprowadzał ich również do domu. Był zupełnie nieobliczalny. Alkoholik nie dba o nic poza kolejnym drinkiem. Próbowaliśmy różnych odwyków, ale jak wychodził z leczenia, to od razu szedł do baru. Na niczym mu nie zależało. W końcu nie mogłam dłużej tego znieść i rozwiedliśmy się. Może D. starała się o jego zainteresowanie? Może dlatego zawsze wpadała w tarapaty?

Próbowała jej Pani pomóc?
Oczywiście, ale ona zawsze miała w sobie ten ogienek: „spróbuję tego!”, nieważne czym „to” było. Można ją było namówić do wszystkiego i ona na to szła. A ja nie byłam w stanie się na nią złościć, była do tego tak strasznie słodka! Jednej zimy dostała nowe buty. Chłopcy ze szkoły przybiegli, krzycząc: „Proszę Pani, D. ugrzęzła w błocie!”. Musieliśmy po nią biec i wyciągać wpierw ją, a potem te buty! Wszyscy wiedzieli, żeby omijać to miejsce, ale D. lubiła się popisywać. Myślę, że to nastawienie: „spróbuję!” doprowadziło ją do narkotyków. Nie miałam zielonego pojęcia, że ona czegoś używa. Nie wiedziałam, jakie są oznaki tego, że ktoś bierze. Kiedy wyszła za mąż, miała 21 lat i nic na to nie mogłam poradzić. Kupili dom i mój drugi mąż i ja poszliśmy ich odwiedzić. Oni wszyscy palili marihuanę, a ja nie wiedziałam, co się dzieje. Mąż oznajmił: „Musimy stąd iść, bo jak przyjdzie policja, to będziemy w wielkich tarapatach”. Byłam w kompletnym szoku. Nie miałam pojęcia, co się dzieje. Byłam totalnie głupia!  Córki musiały coś wiedzieć, ale żadna nigdy ani nie pisnęła. Nikt mi nic nie powiedział. Zła jestem na siebie, że byłam taka naiwna!

Jak poznała swojego męża?
Tankując gaz, bo on miał własną stację benzynową. Tak się poznali. Nie byłam z tego zadowolona, bo on był rozwiedziony i był starszy niż jej własny ojciec. Ale ona go kochała do nieprzytomności. Nie chciałam iść na ich ślub, ale moja mama przekonała mnie, że jeśli nie pójdę, to zupełnie ją stracę. Pamiętam, powiedziała mi: „Musisz zaakceptować to małżeństwo i zaakceptować jego”. Więc poszłam. I myślę, że cała rodzina go zaakceptowała, naprawdę zaakceptowała.

Co się działo po ślubie?
Przeprowadzili się do Stanu Kolorado. Byłam temu przeciwna. Moje pozostałe córki mieszkały blisko mnie. Ale ona była uparta i postawiła na swoim. Była tak strasznie na mnie zła za to, że się rozwiodłam z jej tatą. Potem złościła się na mnie, bo nie chciałam się za nią przeprowadzić do Kolorado.

Było im tam lepiej?
(Westchnięcie) Oboje brali narkotyki. On jednak był w stanie brać i potem przestać. Ona nie. Może gdyby się nie przeprowadzili do Kolorado, moglibyśmy jej pomóc? A może nie. Jej pociąg do narkotyków był tak samo mocny jak jej taty do alkoholu. Nawet kiedy wszystko stracił, nie był w stanie przestać pić.

Pracowała?
Miała świetną pracę, kochała to, co robiła. Ludzie ją bardzo chwalili. Nie wiem jak ani kiedy, ale oprócz marihuany zaczęła brać mocniejsze narkotyki. Nawet nie wiem, co brała. Pewnego popołudnia jej mąż zadzwonił, że D. jest w szpitalu. Bali się, że popełni samobójstwo. Po kilku tygodniach wydawało się, że jest lepiej.

Ale nie było?
Była niedziela wieczorem. Jej mąż zadzwonił i powiedział: „D. nie żyje”. Znalazł ja w hotelu, była martwa od 24 godzin.

Jak Pani zareagowała?
Chciałam, żeby ją przywiózł tutaj, do mnie. Ale on się nie zgodził. Chciał, żeby była pochowana tam. Byłam wściekła. To była moja córeczka, moje dziecko! Chciałam powiedzieć: „Natychmiast mi ją tutaj przywieź! Zaraz zadzwoniłam do pozostałych córek i wszyscy przyjechali do mnie. Pomagałam w kościele i z księdzem byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni. Zadzwoniłam więc do niego i on też natychmiast przyjechał. Moja córka umarła, do jasnej cholery! Wszyscy byli u mnie w domu, byliśmy w totalnym szoku. Pamiętam, że ksiądz zrobił nam kanapki z serem, żebyśmy cokolwiek zjedli.

Czy pogrzeb odbył się w Kolorado?
Powiedziałam, że tam nie pojadę! Byłam wściekła, absolutnie nie chciałam tam jechać.
Znajomy z kościoła zadzwonił i powiedział: „Musisz jechać! Mój ojciec umarł na wojnie, a ja byłem tak strasznie na niego zły, że nie pojechałem na jego pogrzeb. Do dzisiaj tego żałuję. Jedź, bo sobie tego nigdy nie wybaczysz!”. Jestem mu strasznie teraz wdzięczna, bo miał rację. Czasami musisz po prostu iść bez względu na wszystko, po prostu musisz iść!

I poszła Pani?
Raczej pojechałam. Ktoś z kościoła pożyczył nam ogromny bus i chyba ośmioro z nas pojechało do Kolorado. Jechaliśmy przez 2 dni jakimiś strasznie wąskimi drogami. Wszyscy byliśmy zestresowani.

Ja czułam jakby realne zło mnie otoczyło. Prawdziwy “zły” zabrał mi córkę i teraz był wszędzie dookoła mnie. To zło było prawie namacalne. Mogłabym przysiąc, że słyszałam, jak się ze mnie naśmiewał: „Mam twoją córkę, zobaczymy, co jeszcze mogę zrobić”. To było straszne.

Co Pani zrobiła?
Nic. Strasznie się bałam, jednak nie byłam w stanie określić, czego się boję. To zło było jak kolejny pasażer. Kiedy dotarliśmy wreszcie na miejsce cała reszta rodziny też przyjechała, był tam też mój były mąż. Byliśmy wszyscy razem i to mnie jakoś uspokoiło.

Pogrzeb?
Pogrzeb był następnego dnia. Na początku wydawało mi się, że się trzymam i nagle zupełnie się rozsypałam. Jedyne, co mogłam robić, to postawić jedną stopę przed drugą. Najdziwniejsze było to, że mój były mąż powiedział: „Może powinniśmy się pomodlić?”. On! Nigdy bym się tego po nim nie spodziewała. Pomodliliśmy się. I to pomogło! Naprawdę pomogło. Nie czułam już tej goryczy do męża D. Nie umarła z jego winy. Przeokropne zło doprowadziło do jej śmierci.

Nie byłam zachwycona pogrzebem, ale przynajmniej miała pogrzeb. I zostawiłam ją tam, na cmentarzu. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale jakoś przez to przeszłam, przeżyłam to. Kiedy wróciliśmy do Stanu Michigan, zrobiliśmy własny pogrzeb, taki jaki chciałam. Wszyscy nasi przyjaciele, znajomi i sąsiedzi przyszli. Wszyscy, którzy ją znali, byli. Nawet jej mąż przyleciał. To był wspaniały pogrzeb, jeśli można tak o pogrzebie powiedzieć.

Co w tym wszystkim było najtrudniejsze?
Nie wiem, czy trudniejsze było usłyszenie, że ona nie żyje, czy może pozostawienie jej w grobie. Musiałam po prostu odejść. To było takie ostateczne, to był koniec. Nie mam jej już.

To jest ogromny ból…
Cały czas się zastanawiałam, co do tego doprowadziło, czy to była moja wina? Wszyscy popełniamy błędy. Czasami myślałam, że gdybym to czy tamto zrobiła czy powiedziała… Ale przeszłości się nie da zmienić. Na świecie istnieje zło i ono nas czasami otacza. Naprawdę czułam to zło. Staram się powiedzieć ludziom: „Jeśli nie wierzysz w to zło, popełniasz wielki błąd”. Ono jest wszędzie.

Co pomogło przezwyciężyć to zło?
Nam pomogli ludzie z kościoła. Po śmierci D. byłam w stanie popełnić samobójstwo. Myślałam o tym, by zawinąć się w koc, jęczeć i płakać do końca życia. Ludzie przychodzili z jedzeniem, sprzątali mój dom, trzymali mnie za rękę, sprawdzali, jak sobie daję radę. Jedna Pani przyszła i tylko przy mnie siedziała, nie powiedziała ani słowa. Po prostu była ze mną.

A jak zareagował mąż D.?
Wrócił do Kolorado, ale ja zawsze posyłałam mu kartki na urodziny, na każde Święta Bożego Narodzenia posyłałam mu prezenty. Po kilku latach zapytał mnie: „Dlaczego to robisz? Dlaczego jesteś ze mną w kontakcie? Po co te prezenty na święta?”. „Bo Cię kochamy ” – tylko tyle byłam mu w stanie odpowiedzieć: „Kochamy Cię, bo kochałeś D.”.

Anna Swanson

Czytaj także

Droga K

Droga K,

długo nosiłam się z zamiarem napisania tego listu. Czułam, że potrzebuję tego i ja, i Ty. Już chciałam napisać „zatem do rzeczy” lub „nie owijając w bawełnę”, jednak powstrzymałam się, bo przecież nie lubisz, gdy tak pędzę, albo gdy ucinam nasz kontakt ostrym nożem konkretu.

Spróbuję zatem inaczej, z większą czułością i bez ponaglania za każdym przecinkiem czy kropką.

Nie zdawałam sobie sprawy, jak trudno usiąść do napisania kilku słów Kobiecie, którą zna się już od tylu lat, która tyle o tobie wie, przed którą niewiele można ukryć. Trudność polega na niemożności zaskoczenia Cię, sprawienia Ci niespodzianki. Ty domyślasz się tak wielu rzeczy, nie pozwalasz sobie na radość wynikającą z odkrycia czegoś, czego nigdy się nie spodziewałaś. Lubisz przewidywalność, ale zatracasz dla niej przyjemność z tych wszystkich zwykłych dni, chwil, w których mogłabyś odpocząć, podumać, pośmiać się, po prostu dać się zaskoczyć.

Lubisz wiedzieć, być na czasie, znać fakty i odpowiedzi na pojawiające się odwieczne pytania. Chcesz mieć swoje stanowisko, chcesz być słyszana. Cenię to i uważam Cię za twórczą osobę. Widzę, kiedy gnasz do przodu z wizją jakiejś zmiany. Ekscytuje mnie Twoja siła i determinacja do pracy nad sobą. Zauważam zmianę, jaka zaszła w Twoim życiu w ostatnich latach. Cieszę się z każdego Twojego sukcesu: dotrzymanego słowa i terminu, dobrych myśli na temat osób, wobec których byłaś kiedyś bardzo krytyczna. Idziesz w dobrym kierunku. Na tej drodze jest więcej przestrzeni do wyrażania szacunku i miłości, jak również do przebaczenia.

Podoba mi się, że potrafisz o siebie lepiej zadbać, nazwałaś swoje granice i stoisz na ich straży. Jestem znacznie spokojniejsza, gdy widzę, jak nie poddajesz się stresowi. Jeszcze nie tak dawno rozbrajałaś każdą stresującą sytuację na czynniki pierwsze, sądząc, że świat dla Ciebie się skończy lada moment.

Ufasz bardziej swojej intuicji i zaczynasz czerpać z niej siłę do podejmowania decyzji, kończenia tych działań, które nie przynosiły efektów, a jedynie osłabiały Twoją odporność, czy to fizyczną czy emocjonalną, czy duchową.

Zaczynasz powoli wiedzieć, czego chcesz i co jest dla Ciebie ważne. Dorosłaś, choć twierdzisz, że ciągle jesteś jeszcze w życiowym przedszkolu. Najważniejsze, że się nie cofasz, nie oglądasz już tak często wstecz. Idziesz z tym swoim pługiem do przodu.

Wiesz, przeczytałam dzisiaj w Biblii taką historię:„A nauczał w jednej z synagog w sabat. A oto była tam kobieta, od osiemnastu lat cierpiąca, pochylona tak, że zupełnie nie mogła się wyprostować. A Jezus, ujrzawszy ją, przywołał ją i rzekł do niej: Kobieto, uwolniona jesteś od choroby swojej. I położył na nią ręce; i zaraz wyprostowała się, i chwaliła Boga” (Ewangelia Łukasza 13,10–13).

Pomyślałam o Tobie i setkach innych Kobiet, które nie potrafią się wyprostować, które odczuwają fizyczny ból w swoim ciele. O takim bólu rozprawiają głośno w poczekalniach do lekarzy, w kolejce do kasy, czekając na dzieci w przedszkolnej szatni.

Znam jeszcze inny rodzaj bólu – daje fizyczne objawy, ale jego źródło tkwi głęboko w naszych zranionych sercach. Niektóre potrafią z nim żyć, oswajają go jak psa, uśmierzają małą, białą tabletką, lampką wina, tabliczką czekolady z orzechami, papierosem, lekturą, seksem, pracą. Każdy ból niszczy, obrzydza naszą codzienność, zabiera zwykłą radość życia. Czujemy, że jest jakby za karę. Obwiniamy o niego Boga i innych ludzi, zapominając o tym, że to my karzemy się najsurowiej ze wszystkich. Nie bój się tych słów. Kiedyś kara taki miała cel – miała boleć, przynieść refleksję nad popełnionym błędem i zmusić do zadośćuczynienia.

Jezus dotyka tę chorą, złamaną w pół Kobietę. Perspektywa jej patrzenia na świat zmienia się diametralnie. Nie była ani ślepa, ani sparaliżowana. Mogła widzieć, mogła chodzić. Pomyślisz więc, czy miała powody do narzekania? Tak, cierpiała. Żyła w niewygodnej pozycji, jej wzrok padał najczęściej ziemię. Doskonale wiedziała, skąd pochodzi i dokąd wróci. Proch, po którym stąpała, trzymał jej ambicje na smyczy. A jednak Jezus ją uzdrawia. Delikatnym dotykiem przywodzi ją do pionu, tak jakby chciał jej powiedzieć, że od teraz jej życie zyskuje nową perspektywę. Może oddychać pełną piersią, patrzeć przed siebie z pozycji człowieka, który nie musi nieść ciężaru na swoich plecach. Stojąc, chwali Boga i patrzy w niebo, skąd otrzymała pomoc. Została uwolniona.

Wierzę w symbolikę tej historii. Życzę Ci takiej ulgi, jakiej doznała ta doświadczona Kobieta. Chcę Ci też powiedzieć, że kara, jaką sobie zadajesz, nie wnosi kompletnie nic dobrego do życia Twojego i tych, których kochasz. Zadając sobie psychiczny ból i starając się go uśmierzyć na swój własny sposób, odcinasz się od wolności, jaką dał Ci Chrystus. Bądź dla siebie lepsza, bądź lepsza dla innych Kobiet. Poczuj ulgę. Daj się dotknąć Jego przebaczającym Słowem.

Tobie – Ja

zobacz listę wszystkich artykułów

Nasi partnerzy