Najdroższa!

Teraz myślę, że to byłaś Ty.

Teraz myślę, że to byłaś Ty.

Piszę do Ciebie z drugiego końca świata. Wewnętrznego świata. A właściwie to z zewnętrznego, no bo gdyby tak być skrupulatnym i dokładnym, to jednak ja jestem tu – na zewnątrz, widoczna i dostępna, a Ty tam – wewnątrz ukryta i schowana. Właściwie to jeszcze bardziej złożone, no bo Ty i ja to na dobrą sprawę wciąż ta sama osoba. A jakby nie do końca…

Może żeby było łatwiej, zacznę od tego, skąd pomysł, żeby do Ciebie napisać, skoro przez tyle lat się nie odzywałam, jakbyś nie istniała, jakbym znać Cię nie chciała. Zapewne zachodzisz w głowę, skąd nagle pomysł na to, by się odezwać. I to w dodatku w takim momencie. W takim to znaczy w nijakim. Ani to urodziny, ani święta, żadna rocznica, nic istotnego. Nikt nie umarł ani się nie narodził… A widzisz, właśnie dlatego ten moment wydaje mi się tak dobry. Być może nie pomyślisz (oby, oby! mam nadzieję!), że to tylko taka laurka „z okazji”. Może dostrzeżesz w tym moje chęci ponownego zbliżenia się do siebie, odbudowania więzi. Mam nadzieję, że czytasz uważnie i dojrzałaś to „jakbyś” – jeśli myślałaś, że o Tobie zapomniałam, to się mylisz. Ze smutkiem przyznać muszę, że świetnie grałam swoje; tak doskonale, że nawet Ty w to uwierzyłaś, że zapomniałam o Tobie. I nie dawałaś znaku życia. A w każdym razie nie wprost.

Kochana! Sama w to w pewnym momencie uwierzyłam, w to, że jest tak, jak sobie zapragnęłam. Że jest tak, jak powinno być. Jak chcę ja, jak chcą inni. Że jest idealnie. Doskonale. Cudownie. Ach…rozmarzyłam się nieco na samą myśl… tak właśnie było – przepięknie… Wszystko szło jak z płatka. Grono znajomych, ba!, przyjaciół, całkiem spore. W końcu jestem taka tolerancyjna i wyrozumiała. I taka życzliwa. I zawsze uśmiechnięta. Pracowita. Uczynna. Pomocna. Zawsze doradzę. Nigdy się nie irytuję. Świetnie sobie radzę. Zdrowo odżywiam. Uczę się kolejnego obcego języka. Mam pasję. I czas na rozrywkę. Świetnie gotuję. Uprawiam sport. Zawsze też mam czas na rozwój własny – a to joga, a to warsztaty twórcze, a to jakiś trening psychologiczny. No i ta samodyscyplina, dzięki której tyle świata zwiedziłam… I pomyśleć, że jeszcze jakiś czas temu wpadałam w samozadowolenie… oczywiście wtedy tak o tym nie myślałam. Skądże! Po prostu uznawałam, że taka jestem zorganizowana, że świetnie sobie radzę i że podejmuję ten trud, który każdy mógłby podejmować. Ale innym się po prostu nie chce. Wolą być przeciętni, nijacy. Wolą mieć marne coś tam. Wolą w domu siedzieć, nic nie robić albo narzekać na swoje życie. Niczym porządnie zająć się nie potrafią. Aż wstyd mi, gdy to piszę… A ile jeszcze innych określeń mogłabym przytoczyć… ach, jak mi przykro, Najdroższa, bo to o Tobie tak myślałam. O sobie tak myślałam…


Nie chciałam Ciebie, bo lubiłaś beletrystykę (a to takie nic nie wnoszące i ogłupiające i czas marnujące), bo czasem byłaś bezradna (nie myślałaś zbyt twórczo, zbyt powolna byłaś), czasem czegoś nie wiedziałaś (a mogłabyś, gdyby nie beletrystyka, tylko lepiej czas wykorzystany), bo bywałaś niepewna swego (błąd!), bo jadałaś nieraz niezdrowo, a potem miałaś wyrzuty sumienia (no i po co to?!), bo bywałaś smutna ( zamiast żyć pełnią życia i szczęścia), bo miałaś jedną przyjaciółkę i nieco znajomych (wcale to nie dziwi, biorąc pod uwagę powyższe). Żałosna mi się zdawałaś. Kupka nieszczęścia. Bez aspiracji. Bez ambicji. Bez szans na dobre życie.

Źle Cię wtedy oceniałam. Źle siebie oceniałam. Przecież tego się właśnie bałam. I myślałam, że nic nie jestem warta taka właśnie – czasem smutna i bezradna, czasem bezmyślna, nieraz niemogąca się zmobilizować do działania, trawiąca czas na głupoty, obawiająca się oceny innych, niepewna. Wydawało mi się, że wszystkie te niedociągnięcia i mankamenty, te ubytki siebie należy schować i nie ujawniać, że one się nie spodobają, ze przez nie coś stracę, coś ważnego i cennego, podczas gdy to wtedy dopiero traciłam to, co cenne i ważne, gdy to wszystko ukryłam… Oczywiście nie myśl, Najdroższa, że to był jakiś szczególnie przemyślany plan, że ja to sobie obmyśliłam i po prostu bez mrugnięcia okiem w życie wcieliłam. Sama nawet nie wiem, jak to się stało. Ale nie ma wątpliwości, że się stało i że miałam w tym swój udział. I że przez długi czas nie dostrzegałam, że coś niewłaściwego się dzieje. Skądże! Jakże byłam szczęśliwa, że udało mi się Ciebie zmienić (o tak, tak właśnie myślałam – że w końcu mój trud się opłacił i przeszłaś metamorfozę, hehe), jakże dumna, że stałam się lepszym człowiekiem! Dzięki własnej pracy i wysiłkowi! Pozbyłam się słabości! Wstyd to przyznać, ale tak właśnie o sobie myślałam. Tak, tak, teraz widzę, jakie to było złudne. Ale wtedy w tej własnej „doskonałości” tak mi dobrze było (a teraz wiem, że tak bardzo też się bałam tej nie-doskonałości), że szukałam równie doskonałego mężczyzny dla siebie (oczywiście nie męża, to takie pospolite, wtedy mi się zdawało). Niestety, żaden nie był wystarczająco… Albo z żadnym nie było potem wystarczająco… i tu wstaw, co chcesz: intensywnie, dobrze, czule, namiętnie itd., itp. Aż jakimś cudem dojrzałam, że wkoło jakoś ludzie żyją tak niewystarczająco. I dobrze się mają. I szczęśliwi z tym są (jakże tak! Jak to możliwe?!).

Teraz myślę, że to byłaś Ty. Twój subtelny znak. Twoja próba uratowania mnie przed samą sobą, przed ogromnym rozczarowaniem. A to niechybnie by nadeszło. Jestem teraz o tym przekonana. Teraz, gdy myślę, że wcale taka zła nie jesteś. Że taka zła nie jestem. Teraz, gdy myślę, że z tymi „mankamentami” da się żyć. Da się dobrze żyć. Da się być szczęśliwą. Zwyczajną. A przede wszystkim w bliskich relacjach z innymi. Tego przez te lata nie było. Nie mogło być innych, bo najważniejsza byłam ja – czy dobrze wypadnę, czy zrealizuję swój plan, czy się rozwijam. Ja, ja i ja. A teraz jest On. Jesteśmy My. I gdzieś tam w środku głęboko jeszcze niepoznane Ono. I wcale nie jest tylko cudownie. Czasem jest trudno i smutno. Czasem pięknie i radośnie. Czasem leniwie, czasem aktywnie. Potrafi być twórczo, ale i schematycznie. Czasem sporo w tym złości. Częściej miłości. Po prostu jest zwyczajnie. I tak jest dobrze. Jest mi z tym dobrze. Nam. Dlatego piszę do Ciebie ten list. Dlatego piszę do siebie ten list. Bo cieszę się z tego, jaka jestem. Tak po prostu.

Serdeczności!
Życząca samej sobie dobrze – Ja

Patrycja Staniszewska

Czytaj także

zobacz listę wszystkich artykułów

Nasi partnerzy