Kamykiem w niebo

Muszę Ci jeszcze powiedzieć, że czasem pęka we mnie łza zamiast serca. Kamykiem więc w Niebo rzucam, by Cię znaleźć.

Muszę Ci jeszcze powiedzieć, że czasem pęka we mnie łza zamiast serca. Kamykiem więc w Niebo rzucam, by Cię znaleźć.

Kamykiem w Niebo

Chcę Ci to powiedzieć
Twój uśmiech tu pozostał w czerwieni jabłek w mroźny dzień poukładanych w kartonie.
I chcę Ci powiedzieć, że dawno nie rozmawiałem z ojcem.
Wiesz, od kiedy jestem wspólnikiem, to chyba wyczerpałem przyznany mi Twój kredyt.
Muszę Ci jeszcze powiedzieć, że czasem pęka we mnie łza zamiast serca.
Kamykiem więc w Niebo rzucam, by Cię znaleźć.

Miłości Najświętsza
Kocham Cię. Wyrwany przez Ciebie z niebytu, czarnej pustki nocy, otwarłem oczy. Otwarłem usta. I zakrzyczałem niezrozumiale płaczem ze szczęścia, że żyję.
Bo jesteś Ty.
Tylko Ty.
Ucieczko Duszy Mojej.

Miłości Jedyna.
Otwarłem uszy, by nasłuchiwać Twych słów. I sprawdzać palcami, żeś tylko Ty jest Światłością. Tylko Ty, o Miłości, mi zaufałaś.

Kiedy się zbliżasz, mój czas się zniekształca. I zaczynam się bać Twej Wielkości. Boję się, że postradam zmysły, gdy jesteś tak blisko.

Dziękuję Ci za Babcię Rozalkę, która mnie tak po ludzku zapragnęła, wymyśliła. Ale nie doczekała się. Czy to za karę, że tak dokazywała w rządzeniu, w pragnieniach, w poświęceniu? Niekiedy jest mi trudno. Bo posłany przez Ciebie gubię się. Użycz mi swej miłości i naucz mnie ufać serdecznie i rozumnie.

Wiesz, każdym dniem uczę się Twego Imienia. Wiem, nie wolno mi zamknąć Cię Nazwaniem. Już raz tego doświadczyłem. I zamiast wchodzić w Jasność, oddalałem się jakby schodami w ciemną piwnicę bez dna.

Dziś znów zabrakło mi Słowa. A może tylko Ciebie? I wówczas zrozumiałem, jak bardzo Cię potrzebuję. Ty jesteś Panowaniem. I obdarzasz każdego miłością, boskością swoją. Kiedy jesteś ze mną, mój strach ulata jak spłoszone ptaki ze ścierniska w styczniową zadymkę. Bo tylko Ty znasz pragnienia moje. I tylko Ty możesz je naprawić, wyprostować, wygładzić, aby prawidłowo funkcjonowały.

Lubię być u Ciebie. Osobliwe jest światło Twej obecności. Cieszę się, że jesteś ze mną, kiedy po pracy odpoczywam. Wówczas znajduję Cię w radości, kiedy piszę do Ciebie mój list. Ale proszę, nie zaglądaj mi teraz przez ramię. Nie podpowiadaj. To miał być dla Ciebie podarek, niespodzianka. Podarek z kamyków myśli moich. Bo ja chciałbym Ci odpowiedzieć na wszystkie zadane mi przez Ciebie słowa. Tak, trzeba mi częściej rozważać Twe słowa, by umieć ich sprytnie strzec. Są mi pomocne, są drogowskazem. Pomagają mi zachować legalnie rozkosz życia. I nie komplikować tego co mam, co mam od Ciebie.

Oczekuję Cię we wszystkich chwilach. Boję się, gdy jest mi dobrze, że zapomnę o Tobie. Boję się, że mnie samego zostawisz i zgubię się w labiryncie życia. Wybacz mi moje zapomnienia. Czułem wielokrotnie jak mnie dotykasz, potrącasz delikatnie, abym zawrócił ze ślepej uliczki.

Miłości Najjaśniejsza,
widzę Cię nieustannie w spojrzeniu mego taty, w oczekiwaniu na mnie mej mamy. Czy masz dla nich coś lepszego niż dałeś babci Rozalce? Wiesz, kiedy sam stałem się już dorosłym, zdało mi się, że mrugasz do mnie. I czułem się na ułamek sekundy jakże silny Twoją Miłością stwarzania. Kocham Cię za moich rodziców. I za to, że doświadczony zostałem tak pięknie ojcostwem.

O, Mądrości Święta,
jak bardzo mnie wzruszasz. Zostań, proszę Cię gorąco, zostań. Jakże mi przyjemnie z Tobą.

O, Mądrości Pełna Odwagi,
napełnij mnie Twoją Miłością. Bowiem empatia moja jest niewystarczająca. A przecież boję się Ciebie, kiedy Cię zabraknie. I tęsknię za Tobą. I jest mi smutno, kiedy zostawiasz mnie samego jakby na żer moich myśli. Nie daj mi krzywdzić innych, kiedy ułomnie pragnę być tym jedynym, którego kochasz w całej swojej wszech wierności. Bądź ze mną, kiedy posyłasz mnie w bój. Kiedy pomagać mam innym. Kiedy rozumieć mam należycie wszelkie potrzeby cielesne tych, naprzeciw którym wyruszam. Nie daj mi zabić w sobie Ciebie.

Lisa L Wiedmeier

O, Pełnio Miłości,
przyjdź. Weź mnie ze sobą. Uduchawiam swoją cielesność. Ale upadam. A Ty mnie pytasz, dlaczego nie powierzam Ci wszystkiego. Świętość to Twoja specjalność, której tutaj rzadko kto rozumie. To znaczy, głównie ja nie rozumiem Twych rozkosznych zakazów, więc się wstydzę. Bo znowu sprzeniewierzyłem Twoje zaufanie. Skąd wiesz, że znów podglądałem Zuzannę w kąpieli, ja stary? Boję się nieporozumień.

O, Pełnio Miłości,
bądź. Stwórz na nowe we mnie serce czyste i prowadź po wyżynach. Ześlij nowe inspiracje do radości Życiem, Tobą.
Chciałem Ci to już dawno napisać. Tutaj śmiali się z mego taty, że taki uczciwy, bo innym pomaga. A jak ja mam szczodrość w sobie, to czuję się oszukany przy transakcjach. Od Ciebie mam wesołość serca.

Miłości Ty Moja.
Mówię sobie, stać mnie, abym rozdawał te okruchy, które zostały mi z Uczty. Ale boję się, że mnie samego tak zostawisz. Wówczas bardzo się poplączę co jest moje, co jest Twoje, a co jest ich. I znów na moim bilansie nic się nie będzie zgadzało. I znów będę kombinował, z której tu kupki zabrać.

Piszę Ci o tym, bo chciałem Cię prosić o Opiekę. Nie chcę należeć do takich, którzy ranią ośmieszeniem. Którzy pomniejszają sens posłannictwa. I odbierają wiarę w Dobro, w Ciebie. Pozwól mi zamilknąć w porę. Daj mi tylko mądre i budujące słowa, które nadawałyby się na Chwałę, na Dziękczynienie. Na komplement kompletny, najwyższy, dla Ciebie.

Dziękuję Ci, o Opatrzności za dom. Wiesz, jestem w nim sam, choć tętnił kiedyś życiem. Była w nim kobieta, żona moja. Tak piękna, jedyna. Dziękuję Ci, że mogliśmy wraz z Tobą stanowić Jedność. Dziękuję Ci za owoc tej miłości.

Odwiedzają mnie tu zwierzęta. Znajduję ich trop. Czy to Ty je mi przysyłasz? Zawsze mam gdzie wracać. Daj mi pożądać domu dla bezdomnych uchodźców. Dla wyrzuconych z ich własnego domu. Daj mi pożądać tylko Twojej obecności.

To nieprawda, że jestem samotny. Ciemna Noc łasi się do mnie obleśnie pełnią cudzych dotyków. Kiedy rozpraszasz ją swym Światłem dnia, z wdzięczności usiłuję fotografować Cię w chmurach. Ten nastrój, jakże dynamiczny i różnorodny, jaki zostawiasz w zasięgu moich zmysłów. Dusza moja tańczy z radości. A ja proszę ją, aby tak nie rozrabiała. Bo robi się głośno od mej radości i płoszą się ptaki, które dobrze się mają w moim ogrodzie.

Miłości Najjaśniejsza,
proszę Cię nie zaskakuj mnie moimi pragnieniami w chwili, kiedy wszystkiego mi jeszcze nie wyjaśniłaś. Ja, Twój uczeń, nie chcę wychodzić w połowie lekcji jakiej mi udzielasz. Ale po lekcji, po ostatnim dzwonku zapraszam Cię na nieustające wagary wakacji, gdzie mógłbym pokazać Ci, jak bardzo Cię miłuję. Jeśli się zgodzisz, oddam Ci wszystkie kamyki jakimi rzucałem w Okno Twojego Nieba. I wybacz, że to nie ja rzekłem pierwszy, że Cię, kocham, że jestem.

Twój

Na bazie tekstów: Ks. Oskar Michejda „Nauka konfirmacyjna do użytku w kościele i domu” oraz wiersz własny „Kamykiem w Niebo”

6 stycznia 2015 Goleszów-Pustelnia

fot. Lisa L Wiedmeier
Stanisław Malinowski

Czytaj także

Droga K

Droga K,

długo nosiłam się z zamiarem napisania tego listu. Czułam, że potrzebuję tego i ja, i Ty. Już chciałam napisać „zatem do rzeczy” lub „nie owijając w bawełnę”, jednak powstrzymałam się, bo przecież nie lubisz, gdy tak pędzę, albo gdy ucinam nasz kontakt ostrym nożem konkretu.

Spróbuję zatem inaczej, z większą czułością i bez ponaglania za każdym przecinkiem czy kropką.

Nie zdawałam sobie sprawy, jak trudno usiąść do napisania kilku słów Kobiecie, którą zna się już od tylu lat, która tyle o tobie wie, przed którą niewiele można ukryć. Trudność polega na niemożności zaskoczenia Cię, sprawienia Ci niespodzianki. Ty domyślasz się tak wielu rzeczy, nie pozwalasz sobie na radość wynikającą z odkrycia czegoś, czego nigdy się nie spodziewałaś. Lubisz przewidywalność, ale zatracasz dla niej przyjemność z tych wszystkich zwykłych dni, chwil, w których mogłabyś odpocząć, podumać, pośmiać się, po prostu dać się zaskoczyć.

Lubisz wiedzieć, być na czasie, znać fakty i odpowiedzi na pojawiające się odwieczne pytania. Chcesz mieć swoje stanowisko, chcesz być słyszana. Cenię to i uważam Cię za twórczą osobę. Widzę, kiedy gnasz do przodu z wizją jakiejś zmiany. Ekscytuje mnie Twoja siła i determinacja do pracy nad sobą. Zauważam zmianę, jaka zaszła w Twoim życiu w ostatnich latach. Cieszę się z każdego Twojego sukcesu: dotrzymanego słowa i terminu, dobrych myśli na temat osób, wobec których byłaś kiedyś bardzo krytyczna. Idziesz w dobrym kierunku. Na tej drodze jest więcej przestrzeni do wyrażania szacunku i miłości, jak również do przebaczenia.

Podoba mi się, że potrafisz o siebie lepiej zadbać, nazwałaś swoje granice i stoisz na ich straży. Jestem znacznie spokojniejsza, gdy widzę, jak nie poddajesz się stresowi. Jeszcze nie tak dawno rozbrajałaś każdą stresującą sytuację na czynniki pierwsze, sądząc, że świat dla Ciebie się skończy lada moment.

Ufasz bardziej swojej intuicji i zaczynasz czerpać z niej siłę do podejmowania decyzji, kończenia tych działań, które nie przynosiły efektów, a jedynie osłabiały Twoją odporność, czy to fizyczną czy emocjonalną, czy duchową.

Zaczynasz powoli wiedzieć, czego chcesz i co jest dla Ciebie ważne. Dorosłaś, choć twierdzisz, że ciągle jesteś jeszcze w życiowym przedszkolu. Najważniejsze, że się nie cofasz, nie oglądasz już tak często wstecz. Idziesz z tym swoim pługiem do przodu.

Wiesz, przeczytałam dzisiaj w Biblii taką historię:„A nauczał w jednej z synagog w sabat. A oto była tam kobieta, od osiemnastu lat cierpiąca, pochylona tak, że zupełnie nie mogła się wyprostować. A Jezus, ujrzawszy ją, przywołał ją i rzekł do niej: Kobieto, uwolniona jesteś od choroby swojej. I położył na nią ręce; i zaraz wyprostowała się, i chwaliła Boga” (Ewangelia Łukasza 13,10–13).

Pomyślałam o Tobie i setkach innych Kobiet, które nie potrafią się wyprostować, które odczuwają fizyczny ból w swoim ciele. O takim bólu rozprawiają głośno w poczekalniach do lekarzy, w kolejce do kasy, czekając na dzieci w przedszkolnej szatni.

Znam jeszcze inny rodzaj bólu – daje fizyczne objawy, ale jego źródło tkwi głęboko w naszych zranionych sercach. Niektóre potrafią z nim żyć, oswajają go jak psa, uśmierzają małą, białą tabletką, lampką wina, tabliczką czekolady z orzechami, papierosem, lekturą, seksem, pracą. Każdy ból niszczy, obrzydza naszą codzienność, zabiera zwykłą radość życia. Czujemy, że jest jakby za karę. Obwiniamy o niego Boga i innych ludzi, zapominając o tym, że to my karzemy się najsurowiej ze wszystkich. Nie bój się tych słów. Kiedyś kara taki miała cel – miała boleć, przynieść refleksję nad popełnionym błędem i zmusić do zadośćuczynienia.

Jezus dotyka tę chorą, złamaną w pół Kobietę. Perspektywa jej patrzenia na świat zmienia się diametralnie. Nie była ani ślepa, ani sparaliżowana. Mogła widzieć, mogła chodzić. Pomyślisz więc, czy miała powody do narzekania? Tak, cierpiała. Żyła w niewygodnej pozycji, jej wzrok padał najczęściej ziemię. Doskonale wiedziała, skąd pochodzi i dokąd wróci. Proch, po którym stąpała, trzymał jej ambicje na smyczy. A jednak Jezus ją uzdrawia. Delikatnym dotykiem przywodzi ją do pionu, tak jakby chciał jej powiedzieć, że od teraz jej życie zyskuje nową perspektywę. Może oddychać pełną piersią, patrzeć przed siebie z pozycji człowieka, który nie musi nieść ciężaru na swoich plecach. Stojąc, chwali Boga i patrzy w niebo, skąd otrzymała pomoc. Została uwolniona.

Wierzę w symbolikę tej historii. Życzę Ci takiej ulgi, jakiej doznała ta doświadczona Kobieta. Chcę Ci też powiedzieć, że kara, jaką sobie zadajesz, nie wnosi kompletnie nic dobrego do życia Twojego i tych, których kochasz. Zadając sobie psychiczny ból i starając się go uśmierzyć na swój własny sposób, odcinasz się od wolności, jaką dał Ci Chrystus. Bądź dla siebie lepsza, bądź lepsza dla innych Kobiet. Poczuj ulgę. Daj się dotknąć Jego przebaczającym Słowem.

Tobie – Ja

zobacz listę wszystkich artykułów

Nasi partnerzy