Jestem spełniony

 Wizjoner o ciepłym i wesołym usposobieniu. Wulkan pozytywnej energii.

 Wizjoner o ciepłym i wesołym usposobieniu. Wulkan pozytywnej energii.

Z pasją motywuje i zachęca innych do działania. Ostrożny, choć nie boi się ryzykować. Często powtarza, że kapitał tkwi w człowieku. Lubi zatem inwestować w ludzi i widzieć ich rozwój. Ma na swoim koncie wiele zasług i inicjatyw, między innymi: zespół DEOdecyma, Stowarzyszenie DEOrecordings, której misją jest oddziaływanie na ludzi poprzez media (rozgłośnie radiowe CCM i Fest, internetowy portal ewangelizacyjny „Platforma Szukając Boga”, Outback – weekendy poświęcone ratowaniu relacji rodzinnych, rozprzestrzenianie twórczości chrześcijańskiej). Z doktoratem w ręku mógł robić karierę naukową, ale wybrał pracę dla Królestwa Bożego. O tym, skąd czerpie siłę – imponującą dla wielu młodych ludzi – opowiada Henryk Król.

Ponoć Panu Bogu starość się nie udała. Patrząc na Ciebie, trudno w to uwierzyć…
Są różne okresy życia, teraz jestem w takim, z którego jestem bardzo zadowolony. Jestem absolutnie spełnionym człowiekiem. Lubię to, co robię. Wiem, że to nie będzie trwać wiecznie, ale nie mam żadnego stresu w związku ze śmiercią. Bóg zna nasze możliwości i ma swoje plany.

Oglądałam kiedyś film pt. „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” w reż. D. Fincher’a. Główną postacią tego filmu jest człowiek, który urodził się stary i z każdym rokiem stawał się młodszy. Twoim zdaniem można mu pozazdrościć?
Nie. Moim zdaniem zazdrość to jest „dziwne” uczucie. Każdy okres życia ma swoje plusy. Starszy wiek też ma ich całkiem sporo. Sam tego doświadczam. Nie chciałbym też, żeby czas zatrzymał się. Jest dobrze, jak jest.

W jaki sposób żyjesz, że potrafisz się cieszyć z czasu, w którym aktualnie się znajdujesz?
Całe życie starałem się budować na fundamencie Bożego Słowa i osobistej relacji z Jezusem. Każdy człowiek ma wolną wolę. Ograniczyłem swoje pole wyboru, poddając się Bogu. Wybrałem to, więc chciałem żyć zgodnie z tym, co Bóg przekazuje w swoim Słowie. To automatycznie wydaje owoc w postaci znaczenie ciekawszego, lepszego, spełnionego życia.

Co konkretnie robisz, by wieść spełnione życie?
Chcę i staram się każdego dnia wdrażać Boże zasady, z których jedna jest największym przykazaniem: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej. Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się cały zakon i prorocy” (Ewangelia Mateusza 22,36–40, BW). To buduje nastawienie życzliwości, a nie zawiści czy poczucie krzywdy.

Wspaniale! Patrząc z boku, wydaje się, że jesteś człowiekiem sukcesu, że nie spotyka Cię nic złego…
Każdy ma swój poziom niepokoju, walki, pokuszeń. W życiu są bardzo różne okresy. Bywa, że jest bardzo trudno. Doświadczyłem tego wiele razy. Wtedy wszystko nie kręciło się super. Teraz, w tej sekundzie nic mnie nie boli, czuję się świetnie, sprawy się rozwijają bardzo dobrze i za to jestem wdzięczny, ale nie na tym buduję swoje samopoczucie. Dobrze wiem, że wszystko mija, pojawiają się różne sytuacje życiowe. Nie wszystko zawsze będzie się układało. Bądźmy więc zadowoleni z tego, co mamy w tej chwili.

Jaka sytuacja życiowa zmieniła Cię?
Wielka trauma związana z lotnictwem. Moim marzeniem od dziecka było latanie. Gdy skończyłem 16 lat, pojechałem do Aeroklubu w Gliwicach, żeby zrobić szkolenie na szybowce. Potem w planach miałem samoloty. Zgodnie z procedurą w tamtych czasach wysłali mnie na badania lekarskie do Szkoły Oficerskiej w Dęblinie. To trwało kilka dni.

I udało się?
Niestety, nie przeszedłem ostatniego badania. Odrzucili mnie. Tylko pięciu osobom się udało na 25-ciu kandydatów. Trauma, która mnie dopadła, była tak wielka, że w pociągach płakałem całą drogę z Dęblina do moich rodzinnych Gliwic. Chciałem umrzeć. Wydawało mi się, że życie straciło sens i kierunek.

Co zrobiłeś?
Moim pocieszeniem stały się żaglówki. W tym samym sezonie zacząłem pływać na jachtach. Popłynąłem na pierwszy rejs na Mazury. To była fajna przygoda. Ale rok później zmieniły się przepisy i badania cywilne były robione w Głównym Ośrodku Badań Lotniczo-Lekarskich we Wrocławiu. Tam pojechałem i przeszedłem testy z wynikiem pozytywnym. Trauma zmieniła się w wielkie szczęście.

Czego Cię to nauczyło?
Żeby się nie poddawać.

Mocna lekcja dla młodego człowieka. Wspomniałeś też, że miałeś trudne okresy, będąc już dorosłym. Jak sobie poradziłeś z osobistym bólem, przeszkodami, wyzwaniami?
Dzięki relacji z Bogiem. Modliłem się, czytałem Biblię. Przebywałem wśród bliskich, którzy są empatyczni i potrafią podnieść na duchu. Gdy było źle, okazali mi bardzo wiele ciepła, serdeczności.

Jakie są zatem cechy ludzi, których podziwiasz?
Skromność, życzliwość, otwartość na potrzeby innych, wysokie kompetencje, sprawność, poświęcanie swojego czasu dla innych, chęć głębokiego zaangażowania się, by komuś pomóc, otwartość na dzielenie się swoimi cennymi doświadczeniami.

Ciekawa lista! Co i kto Cię inspiruje?
Pismo Święte, bardzo dobre wykłady biblijne, wartościowe książki i relacje z ludźmi, z którymi można spotkać się, porozmawiać, cieszyć się z nimi, widzieć Boże działanie w ich życiu.

A Ty? Kim jesteś dla ludzi? Do czego Cię Bóg przygotował, biorąc pod uwagę sytuacje, przez które musiałeś przejść?
Trudno powiedzieć. Chciałbym pomagać innym rozwijać się, aby sami mogli być jeszcze bardziej produktywni dla Królestwa Bożego na świecie. Cieszę się, że mam możliwość robić to w kraju i za granicą. Olbrzymim wsparciem i pomocą jest dla mnie żona, Bogusia, z którą podzielamy cele, życie i służbę już od ponad 31 lat oraz cała rodzina, dzieci, które też wybrały drogę naśladowania Jezusa. Wow! Cóż może być lepszego dla rodziców?

Piękna praca, powołanie, jedność w rodzinie… Właśnie takich ludzi potrzebuje ten świat.
Uważam, że świat tonie nie ze względu na głód, ekonomię, politykę, ale ze względu na wielki kryzys tożsamości. Miliardy ludzi zagubionych, kręcących się bez celu, podejmują decyzje i wybory w oparciu o swoje instynkty. Wówczas pojawiają się konflikty interesów, co prowadzi często do przemocy, zaborczości. Jedynym antidotum jest przekształcenie umysłu człowieka, co jest poza zakresem oddziaływania psychologów i innych specjalistów, bo to dotyczy duchowości. Moim zdaniem tylko Bóg jest w stanie nas zmienić. Gdy On ingeruje w nasze życie, zaczyna się fascynująca przygoda. Doświadczamy wtedy, jak jest realny, daje wewnętrzny pokój, kierunek i chęć służenia innym. Wystarczy podjąć właściwą decyzję.

fot. Kamila Walczak

fot. Kamila Walczak

Podobno człowiek podejmuje ok. 230 decyzji każdego dnia. Najczęściej robi to intuicyjnie. Masz swoją technikę, którą wykorzystujesz, gdy podejmujesz ważną decyzję?
To zależy od sytuacji. Na pewno rozmyślam o tym, modlę się. Rozmawiam z moimi serdecznymi przyjaciółmi, mentorami w branżach, w których są silni. Radzę się więc ludzi mądrzejszych ode mnie. Potem staram się to wszystko ocenić w świetle przydatności dla Bożego Królestwa i spraw długofalowych.

Do tego potrzeba jeszcze odwagi. Jak i gdzie znajdujesz odwagę potrzebną do realizowania ambitnych celów?
Jestem bardzo ostrożny. Nauczyłem się tego, popełniając błędy. Przeszedłem już przez tyle trudnych sytuacji, z których wyszedłem cało i to napawa optymizmem, jeśli chodzi o kolejne. Ważne jest, by w modlitwie być przekonanym, że to Pan Bóg prowadzi nas w tę stronę. Trzeba też mieć zaufanie, które jest budowane przez historię. To się nazywa „Milestones”, czyli kamienie milowe z przeszłości. Chodzi o to, że mamy swoje doświadczenia. Wiemy, co się sprawdziło, dlatego można iść do przodu z większą odwagą.

A gdy Twój plan wymknie Ci się spod kontroli, to jak reagujesz?
Staram się tym nie przejmować, nie analizować, nie rozpamiętywać. Jak na przykład nie zdążę na samolot, to wtedy szukam racjonalnych rozwiązań. Wielokrotnie doświadczałem, że sytuacje często kończą się lepiej niż podpowiada mi wyobraźnia w danym momencie.

W mojej opinii, to są umiejętności, które szlifuje się do końca życia. Osiąga się je tylko przez pracę? Gdzie czas na zabawę?
Pasuje do mnie, co pisze L.P. Jacks: „Mistrz sztuki życiowej nie rysuje ostrego rozróżnienia między pracą a zabawą, pracą a przyjemnością, umysłem a ciałem, edukacją a rekreacją. Ledwo wie, co jest czym. On po prostu wykonuje swoją wizję doskonałości poprzez to, co robi i pozostawia innym ustalenie, czy pracuje, czy bawi się. Dla siebie samego zawsze wydaje się robić jedno i drugie. Wystarczy mu, że robi to dobrze”[1]. To zatarcie między pracą a przyjemnością realizuję teraz w swoim życiu. To jest fajny stan, kiedy robię to, co lubię.

Co lubisz robić poza pracą?
Lubię odpoczywać, poznawać interesujących ludzi oraz nowe potrzeby w sferze spraw duchowych.

Ciekawe! A jakie wartości przekazałeś swoim dzieciom?
Mam nadzieję, że miłość do Pana Boga – na tym mi najbardziej zależy, bo uważam, że to jest początek wszystkiego. Także to, by życie obracało się wokół spraw Bożych, bo to daje pokój, dystans, siłę w przeciwnościach, oparcie, uczciwość. Warto przejść przez życie uczciwie i solidnie: płacić podatki, tworzyć miejsca pracy, rozsiewać pozytywne wrażenia, nie zaogniać sytuacji.

Jaką spuściznę chciałbyś pozostawić po sobie?
Wspomnienia. Zacytuję Osa Guiness’a: „Żyj życiem dla jednego widza – Boga”. Chciałbym więc być dobrze wspominanym przez ludzi, z którymi miałem okazję się spotkać, którzy w jakiś sposób mogli poczuć się zachęceni, pobudzeni, wzmocnieni właśnie w kierunku pogłębienia duchowości albo w uczciwym, innowacyjnym biznesie.

Masz wiele pomysłów, pasji, energii do działania. Wiele osób w wieku przedemerytalnym powoli gaśnie. W jaki sposób zmotywowałbyś ich do zmiany myślenia o swoim wieku?
Trudno jest dawać górnolotne rady, bo to jest łaska Boża. Bobb Biehl[2] twierdzi, że najbardziej produktywna dekada życia jest między 60 a 70 rokiem życia. Potwierdzam to. Mam wielu przyjaciół, którzy są w tej dekadzie i są produktywniejsi ode mnie. W każdym wieku można angażować się w pomoc innym. To sprawia, że zapomina się, że coś strzyka w kolanie, a także o własnych problemach. Życie dla innych – to jest odpowiedź!

Dziękuję za rozmowę!

Pamiętam dzień, kiedy bardzo zaskoczyła mnie koleżanka swoją relacją z pobytu na wolontariacie w Tanzanii. Opowiadała, że wielu ludzi nie zna daty swoich urodzin. Wiek określa się na oko. To nie do pomyślenia w naszej europejskiej cywilizacji, gdzie bez dokumentu tożsamości odmówionoby wszelkich praw do życia w społeczeństwie. Oczywiście, dobrze znać swój wiek, jednak jak ta wiedza wpływa na nasze życie? Wiele osób to paraliżuje, podejmują więc walkę z czasem, odmładzając się za pomocą nowoczesnych technik medycyny estetycznej. Czy jednak to skóra decyduje o wieku? Moim zdaniem stan ducha i umysłu. Na pewno nie są nam obcy ludzie, którzy w sile wieku poddają się grawitacji i nie interesują ich żadne aktywności. Z drugiej strony są ludzie, którzy mają pomysły, lecz wiek lub choroba nie pozwalają im na działanie. Wszyscy jesteśmy bardzo różni, ale mamy do wykorzystania tyle samo godzin w ciągu doby. Jak pogodzić się z tym, że czasu nie można cofnąć, zatrzymać i przyspieszyć? Po prostu zaufać Bogu, bo „w rękach twoich są czasy moje” (Ps 31,16). Dlatego chcę się cieszyć życiem, bo dzień dzisiejszy jest wyjątkowy!


[1] Oryginał: A master in the art of living draws no sharp distinction between his work and his play, his labour and his leisure, his mind and his body, his education and his recreation. He hardly knows which is which. He simply pursues his vision of excellence through whatever he is doing and leaves others to determine whether he is working or playing. To himself he always seems to be doing both. Enough for him that he does it well. Autor: Lawrence Pearsall Jacks, „Education through Recreation”, tłum. własne.

[2] Bobb Biehl – executive mentor, zawodowo zajmuje się pomaganiem ludziom w spełnianiu marzeń, precyzowaniu celów życiowych, szukaniu sensu i własnej tożsamości. Działa w zakresie biznesu i życia prywatnego.

Kamila Walczak

Czytaj także

zobacz listę wszystkich artykułów

Nasi partnerzy