Dziewczyna, która podarowała mi swoją historię

Nie patrzyła w oczy, rzadko odpowiadała na pytania. Unikała towarzystwa, choć w miejscu, w którym przebywała, było to niezwykle trudne.

Nie patrzyła w oczy, rzadko odpowiadała na pytania. Unikała towarzystwa, choć w miejscu, w którym przebywała, było to niezwykle trudne.

Miejsce to budziło we mnie mnóstwo obaw, nawet zanim miało stać się miejscem mojej pracy. A może najbardziej wtedy. Z czasem oswoiłam się. Później polubiłam. Do dziś czuję sentyment. Zostawiłam tam kawałek swojego serca. O setkach rozmów, które przeprowadziłam w przytulnym pokoju, wiem tylko ja i moje nastoletnie rozmówczynie. Wiele z nich zapadło mi głęboko w pamięć,  nieliczne uleciały, do innych zdarza mi się powracać myślami.

Początek był trudny, tak jak trudne bywają pierwsze dni w nowej pracy. Byłam przejęta, pełna obaw, niepokoju i wątpliwości. Miałam wprawdzie za sobą kilka podobnych doświadczeń, jednak tym razem wiedziałam, że nie będzie łatwo, bo materia, nad którą przyszło mi pracować, była szczególnie krucha i wymagająca. Każda dziewczyna miała swoją trudną historię. Większość z nich pewnie oddałaby wiele, żeby te historie nigdy się nie zdarzyły, wiele pragnęło o nich zapomnieć, ale każda z nich zdawała sobie sprawę, że jej historia i droga, którą idzie – przywiodły je właśnie tutaj.

Była ładna. Bardzo młoda, miała niespełna 16 lat. Najczęściej w milczeniu czesała długie, ciemne włosy. Nie patrzyła w oczy, rzadko odpowiadała na pytania. Unikała towarzystwa, choć w miejscu, w którym przebywała, było to niezwykle trudne. Uchodziła za taką, która „nie sprawia problemów”, nikt jednak nie umiał powiedzieć o niej zbyt wiele. Co bardziej wrażliwi snuli domysły na temat jej przeszłości, powodów wycofania i izolacji. Stroniła od innych. Czasem dorośli podejmowali próby poznania jej wewnętrznego świata. Niestety bezskutecznie. Z niewiadomych powodów nie chciała ujawniać swoich myśli i uczuć, choć była nimi niewątpliwie przepełniona. Wielokrotnie próbowałam zaprosić ją na rozmowę do gabinetu. Powtarzała, że nie przyjdzie i trwała z uporem przy tej decyzji. Za każdym razem, kiedy do niej podchodziłam, z jej ogromnych, bursztynowych oczu płynęły łzy. W milczeniu i z zaciśniętymi ustami po raz kolejny odmawiała. Jednak za każdym razem, kiedy odchodziłam, miałam w sobie pewność, że znowu do niej wrócę.

Czułam, że pod tym uporem i zaciętością kryje się nieufność i lęk, które każą jej trwać w bezruchu i milczeniu, jakby bała się otrzeć o drugiego człowieka, żeby nie okaleczył jej jeszcze dotkliwiej. Wiedziałam, że nie chce dopuścić nikogo do swojego świata, aby po raz kolejny nie zaznać bólu wielokrotnie doświadczanego w przeszłości. Czułam, że jeden mój niewłaściwy ruch może ją spłoszyć i sprawić, że jeszcze bardziej wycofa się w głąb siebie. Nie mogłam do tego dopuścić. Obawiałam się podejść, aby jej nie wystraszyć, a jednocześnie miałam nieodpartą potrzebę zbliżenia się do niej. Wtedy myślałam – a dziś to wiem – że nie były to moje, tylko jej pragnienia i obawy, które postanowiła umieścić we mnie, abym w odpowiednim momencie mogła na nie odpowiedzieć.

Wracałam więc co jakiś czas, ponawiając propozycję rozmowy. Za każdym razem podchodziłam bliżej, jak do oswajanej zwierzyny, mając na uwadze konieczność zachowania odpowiedniej odległości i jednocześnie stopniowego zmniejszania dystansu. Z czasem przestała uciekać i nerwowo spoglądać w moją stronę. Zamiast tego trwała w bezruchu i oczekiwaniu, jak gdyby rozważała, czy może zgodzić się na moje kolejne próby zbliżenia się do niej.

Pewnego dnia poczułam zniecierpliwienie i rezygnację. Teraz już bez przekonania, lecz kierowana znanym sobie, wytrenowanym odruchem przychodziłam do dziewczyny, zadając wciąż to samo pytanie. Czułam, że jestem nachalna i męcząca, nudna i mało pomysłowa, skoro nie potrafię znaleźć sposobu na przekonanie nastolatki do rozmowy. Złościłam się i w sobie szukałam przyczyn niepowodzenia. Zaczęłam szczerze wątpić, że moje poczynania przyniosą jakikolwiek pożądany efekt. Ten stan mi nie sprzyjał i nie umiałam z niego wyjść, byłam bliska rezygnacji, kiedy któregoś dnia zobaczyłam ją… Stała na korytarzu i patrzyła na mnie swoimi bursztynowymi oczami, nie miałam wątpliwości – czekała na mnie. Wiedziała, kiedy przychodzę do pracy i stała tam, aby mi powiedzieć, żebym nie rezygnowała, żebym dała jej szansę. Jej oczy mówiły wszystko. Poczułam ulgę i wzruszyłam się. W odpowiedzi posłałam jej uśmiech, na dowód, że zrozumiałam, co chciała mi przekazać. Tym razem nie podeszłam do niej. Szybko zniknęłam za drzwiami swojego gabinetu i śmiałam się przez łzy, mając w głowie tylko jedną, powtarzającą się myśl: „Udało się… jakimś cudem… udało się!”.

Kolejne dni mijały podobnie, przez gabinet przewijały się różne osoby, a ona czekała na korytarzu, aby przywitać się ze mną ukradkowym spojrzeniem. W zamian odpowiadałam jej uśmiechem. Czułam, jakbyśmy rozumiały się bez słów. Nie wiem, ile czasu minęło od naszego pierwszego spotkania, kilka tygodni, może miesięcy? Nie liczyłam dni, ale pamiętam, że te pierwsze dłużyły się niemiłosiernie, kolejne – minęły zbyt szybko. Odkąd udało mi się z nią nawiązać kontakt, wszystko toczyło się samo, jakby bez mojego udziału – to ona nadawała kierunek i dynamikę naszej znajomości. Podążałam za nią z ufnością i przekonaniem, że zaprowadzi mnie tam, gdzie nikt nie miał dostępu. Odzyskałam wiarę w możliwość powodzenia i nadzieję, że iskra się rozpali. Moja radość z naszego spotkania rosła i wypełniała mnie energią nadającą wektor działaniu, myśleniu i odczuwaniu. Coraz bardziej ciekawa jej historii wsłuchiwałam się uważnie w jej wymowne milczenie, wpatrywałam w pełne lęku oczy i deptałam po piętach, kiedy prowadziła mnie przez swoje doświadczenia. Byłam jej towarzyszką w tej trudnej podróży, w którą zdecydowała się wybrać pomimo tego, iż miała świadomość, że musi przeżyć raz jeszcze to, czego nie chciała już nigdy pamiętać. Wiedziałam, że nie mogę jej zawieść. Bałam się tak samo jak ona, ale nie było już odwrotu. Jej opowieść była smutna, przeżycia trudne i poruszające, jednak nie bardziej niż historie innych dziewczyn. Lecz to, co wskazywało na wyjątkowość naszej relacji, to sposób jej nawiązania i specyficzny od początku rodzaj niemego dialogu, który z czasem przerodził się w żywą rozmowę słów i emocji wyrażanych wszystkimi zmysłami. Ileż ona miała do powiedzenia! Czasem na spotkania przynosiła rysunek z dedykacją, czasem milczała, patrząc mi w oczy. Zdarzało się również, że opowiedziała jakiś fragment swojej historii w sposób niezwykle lekki i swobodny, jakby wypowiadanie słów nigdy nie stanowiło dla niej żadnej trudności. Kiedyś zaczęła tańczyć między drzewami, myśląc, że nikt jej nie widzi. Później robiła to coraz częściej. Z czasem zrozumiałam, że tak wymownie jak tańcem nie opisuje w żaden inny sposób swoich emocji, pragnień, tęsknot, bólu i radości. Tańcząc, pozwoliła mi poznać i zrozumieć  jej zburzony wewnętrzny świat. Ofiarowała mi opowieść, której ja teraz miałam nadać sens i znaczenie. Dała mi jasno do zrozumienia, że się w tym wszystkim pogubiła, mając nadzieję, że pomogę jej siebie odnaleźć. Wiem, że zaufała mi mocno i szczerze – tak mocno, jak tylko jest w stanie zaufać dziecko wielokrotnie przeżywające zawód i odrzucenie ze strony „ważnych” dorosłych. Czułam się, jakbym dostała niekompletne pudełko puzzli: z tych, które były, miałyśmy ułożyć jej dotychczasowy świat. Część brakujących miała dostać ode mnie i sama układać z nich dalszą część obrazu. Kolejne są rozsiane na drodze, którą będzie iść…

IMG_7599 copy
***

Bohaterka tych rozmów ma dziś 24 lata, nadal długie kasztanowe włosy i piękne oczy, które teraz częściej niż kiedyś błyszczą radosnym refleksem. Wprawdzie pozostała w nich pamięć bólu minionych wydarzeń, lęk przed zranieniem i strach, gdy ktoś obcy próbuje się zbliżyć, jednak wierzę,  chcę wierzyć, że ten odzyskany blask pozostanie w nich na dłużej. Skończyła szkołę, zdała egzaminy, założyła rodzinę, tańczy i miewa się dobrze. Czasem daje mi tego świadectwa i znaki. Z każdym dniem dokłada nowe puzzle do swojego życia. Z perspektywy czasu wiem, że było to jedno z moich najtrudniejszych spotkań i jedno z tych, które wspominam ze wzruszeniem. Pozostawiło we mnie przekonanie, że do każdego można dotrzeć…

Każdy człowiek potrzebuje i pragnie zrozumienia, zainteresowania jego sprawami i jego wewnętrznym światem, a młody potrzebuje tego szczególnie. Jednak nierzadko właśnie on nie zwróci się do nas o pomoc. Paradoksalnie natomiast, kiedy będzie jej potrzebował, jeszcze bardziej zbuntuje się, obrazi, sprzeciwi i odrzuci naszą wyciągniętą w jego kierunku dłoń. Młody człowiek jest bardzo wymagający i w tym rozwojowym okresie nie widzi w dorosłych swoich sprzymierzeńców. Walczy z nami, ale nie przeciwko nam. Walczy o siebie i swoją autonomię. Buduje swoją tożsamość, trenuje sposoby radzenia sobie w różnych sytuacjach. Buntując się i sprzeciwiając – sprawdza, jaką ma siłę przebicia, ile będzie umiał sam w życiu wywalczyć i zdobyć. Ćwiczy na dorosłych to wszystko, z czym będzie mierzyć się kiedyś w samodzielnym dorosłym życiu. W poszukiwaniu własnej drogi nie zadowala się byle odpowiedzią i jest rozczarowany dorosłą bezradnością i niewiedzą. W głębi duszy młodzi potrzebują dorosłego towarzysza bezpiecznego przejścia we własną dorosłość. Jeśli się zawiodą – będą błądzić, ale o pomoc najczęściej kolejny raz nie poproszą.

fot.tomreedy @flickr

Monika Nowińska

Czytaj także

zobacz listę wszystkich artykułów

Nasi partnerzy