10 marca 1980 roku słyszy wyrok śmierci.
Rok 1979
Bieszczady
Grupa mężczyzn cały dzień rozładowuje wagony kolejowe. Praca ciężka, nienajlepiej płatna, ale zawsze coś. Po zainkasowaniu gotówki postanawiają umilić sobie życie i wstępują do restauracji na „głębszego”. Jeden z nich, ledwo trzymając się na nogach, wychodzi na zewnątrz. To potężny facet, wychodząc przez drzwi ledwo mieści się w futrynie, więc wszyscy raczej schodzą mu z drogi. Już niejeden raz kogoś pobił, zbój przed duże „Z”. Dokładnie pamięta tylko moment wyjścia na ulicę, potem obraz zamazuje się, a w jego pamięci pozostają poszarpane fragmenty rzeczywistości. Ląduje gdzieś na peryferiach miasta… widzi biegnącą dziewczynkę… ma wrażenie, że grozi jej jakieś niebezpieczeństwo. Biegnie za nią… dziewczynka upada… na pijackim zwidzie łapie ją za szyję i odrzuca od siebie. Dziewczynka upada i śmiertelnie uderza się w głowę. Tego wszystkiego dowiaduje się już z relacji prokuratora…
A takimi byli niektórzy z was.
Lecz zostaliście obmyci,
uświęceni i usprawiedliwieni
***
Jak często domagamy się sprawiedliwości? Niekoniecznie licząc na obiecane błogosławieństwo sytości i zaspokojenia, a jedynie na świadomość, że oto sprawiedliwości stało się zadość i w walce dobra ze złem wynik będzie lepszy od tego z feralnych półfinałów piłkarskich? Bo czyż nie często odnosimy wrażenie, że nasza obrona zupełnie się pogubiła, że napastnicy przeciwnika prą przed siebie w niepowstrzymanym blitzkriegu, sędzia nie zauważa fauli, a nasza bramka nagle zdaje się zajmować całą szerokość boiska i choćbyśmy nie wiem jak się starali, nie unikniemy kolejnej straty? Ostatnio bardzo zdziwiłem się, widząc, jak wiele może nauczyć Mundial – widok ludzi noszących te same barwy na ubraniach i twarzach, pewnych zwycięstwa, nieustannie dopingujących swoją drużynę donośnym rykiem… Ale są też gorsze analogie, gdy niewielka grupka naszych kibiców cichnie, niemal znika z trybun, a cały stadion aż trzęsie się, gdy po raz kolejny tracimy gola i wzorem Kmicica jęczymy ze wzrokiem wbitym w ziemię: „Kończ Waść, wstydu oszczędź”.
Jeśli miłość wokół ziębnie, to głównie dlatego, że widzimy tak mało triumfów sprawiedliwości. Być może dlatego swego czasu mój syn lubił stare westerny, i podczas gdy rówieśnicy zachwycali się kolejnymi edycjami przebojowych gier wideo, on oglądał biało-czarne westerny, a im starszy, tym był dla niego lepszy. Bo tam, choćby bandzior okropnie narozrabiał i całe miasto przewrócił do góry nogami, w końcu facet z gwiazdą przypiętą do piersi demonstracyjnie kładł klucze na stole w City Jailhouse i patrzył na nieszczęśliwe oblicze zbója za kratkami, albo jeszcze na głównej ulicy chował do kabury dymiący rewolwer, a facet od trumien, który przy wjeździe do miasta rutynowo mierzył każdego przybysza, tym razem mógł zająć się samym sprawcą nieszczęść.
Historia, którą dzisiaj opowiem, jest jedną z tych dla pokrzepienia serc, i to nie z powodu triumfu sprawiedliwości, lecz miłości i łaski.
***
Przejazd przez centrum miasta w godzinach szczytu to zawsze ciężki test, i chyba najtrudniej być chrześcijaninem „za kółkiem”, gdy wokół mnóstwo owieczek (bez zdrobnienia i rodzaju zdecydowanie męskiego) i innych pogubionych stworzeń spieszących za swoimi sprawami, siedzących za kierownicami pojazdów. Wtedy, sam utopiony w ulicznym korku, żarliwie domagam się sprawiedliwości dla piratów, fajtłap i innych śpiących królewien. Raz po raz muszę przywoływać się do porządku, by kochać bliźniego-kierowcę jak siebie samego – bo sam fakt, że znalazł się w mojej przestrzeni, nie czyni z niego niegodziwca. I to wszystko po paru nudnych, czasem stresujących godzinach pracy za komputerem – to ta gorsza strona mojej pracy. Ale jest też lepsza – taki mój zawodowy deser – gdy po zamknięciu wszystkich spraw w biurze wreszcie mogę spędzić kilka godzin z moimi kursantami. A to, muszę przyznać, fajne i zdolne chłopaki. Sami też są po trudnym dniu – uczę głównie pracowników, czasem szefów firm – zaprzątnięci swoimi problemami, a mimo wszystko stawiają się w classroomie, dziarsko, po męsku ściskamy sobie dłonie i zwyczajowym „How are you today?” rozpoczynamy zajęcia językowe.
W wakacje odchodzimy od podręcznika, by skupić się na konwersacji w tematach ciekawych, głównie zaczerpniętych z aktualnych problemów lub ostatnich wydarzeń. A tych nie brakuje. Szczególnie, mam nadzieję, jeden zapamiętają na dłużej.
Zanim rozdam kserówki, pytam o ostatnie newsy, taka swoista „prasówka” po angielsku, fajnie rozgrzewa i aktywizuje szare komórki. I mogę się założyć, że co najmniej połowa nowin dotyczyć będzie nieszczęść, zbrodni, oszustw…
– No to dzięki, ciekawie to ująłeś. Ale jak tu ukarać takiego delikwenta?
– Tego podpalacza samochodów?
– Właśnie.
Od razu widzę, jak ich wyobraźnia zaczyna przyspieszać.
– Za takie draństwo powinien ciężko pracować, by spłacić co do grosza. Ja przez dziesięć lat tyle nie zarobię, co on zniszczył przez jedną noc.
– Ale jego tatuś adwokat, to synka wybronił.
– A Anders Breivik? Jak takiego potraktować?
Moment ciszy, potem mniej lub bardziej konstruktywna krytyka norweskiego wymiaru sprawiedliwości z podkreśleniem warunków w zakładach penitencjarnych.
– U nas też tak jest, w szpitalu dieta głodowa, a jak Cejrowski robił raz program w więzieniu, to mówił, że kilkanaście różnych diet jest w kuchni, by któreś z niewiniątek zaparcia przypadkiem nie dostał.
Gorzki śmiech kwituje ostatnią wypowiedź.
– I łobuz skarży się, że warunki ma za mało luksusowe.
– Chleb i woda dla takiego!
– I łupać kamienie, w tym no…
– Kamieniołomie?
– Dokładnie, i to do końca życia…
– A kara śmierci? Czy w takich przypadkach można by ją stosować?
– Jeśli ktoś zabił przez przypadek, niechcący, to do więzienia…
– Ale jak był pijany, albo dziecko zabił… Hm, kulka w łeb, bo inaczej to my wszyscy płacimy, by sobie taki jeden siedział sobie w ciepełku…
***
W kontekście takich pytań i odpowiedzi sporo dowiadujemy się o sobie samych i innych Rodakach-Chrześcijanach. Bo pomysłów kar i mąk jest wiele, każdy ma swoją rację, ale też niezaprzeczalnie skutki uboczne, bo w niedoskonałym świecie wśród pogmatwanych losów i motywacji nie ma rozwiązań doskonałych.
Mam świadomość, że poruszony przeze mnie temat jest złożony i nawet przytoczona poniżej historia nie załatwia kwestii raz na zawsze. Co dzień dowiadujemy się, jak nisko może upaść człowiek, a każda z takich zbrodni powinna zostać osądzona. W większości przypadków zbrodniarze unikają odpowiedzialności, a często dożywają spokojnej starości, otoczeni szacunkiem swojej lokalnej społeczności, jak „Kat” Warszawy sprzed 70 lat, Heinz Reinefarth. Wiem też, że czasy, w których każdy, „kto przekracza Prawo Mojżeszowe, ponosi śmierć bez miłosierdzia na podstawie zeznania dwóch lub trzech świadków”[1] minęły, i każdy powinien mieć kolejną szansę. Dlatego słuchając opinii moich kursantów, przypominam sobie, jak kiedyś sam reagowałem. Ale to się zmieniło, a właściwie zmienił to osądzony i skazany morderca, który potem został moim bratem w Panu, Henryk W.
***
Gdy już wysłuchałem wszystkich wypowiedzi moich kursantów, powiedziałem:
– Kiedyś myślałem o tym dokładnie tak jak wy, dopóki nie poznałem człowieka skazanego na śmierć… Poznałem go już po tym, jak ten wyrok otrzymał.
Popatrzyli na mnie z niedowierzaniem.
– A co zrobił?
– Zabił.
– Kogo?
– Małą dziewczynkę.
Byli zupełnie zdumieni.
– Dziewczynkę?
– Tak, był pijany i ją zabił. To były jeszcze dawne czasy, gdy obowiązywała kara śmierci.
– I co…?
Dobre pytanie.
***
Wszystkie fakty opisane poniżej pochodzą z bezpośredniej relacji samego Henryka W., brata w Chrystusie, którego grzechy były jak szkarłat, a wszystkie dobre uczynki jak skrwawiona szmata. Zostaje oskarżony o morderstwo na tle seksualnym. Tego zupełnie nie rozumie, bo gwałtu czy jego usiłowania nikt mu nie udowodnił. Liczy się fakt, że stwierdzono u niego ejakulację. Badania psychiatryczne nie wykazały żadnych odchyleń od normy. 10 marca 1980 roku słyszy wyrok śmierci.
Kraków, Areszt Śledczy na Montelupich. Cela śmierci to koszmarne miejsce, ale to właśnie tam napastnicy wreszcie czują to, co przedtem czuły ich ofiary. W końcu czyż nie tego im życzymy? Powinni zakosztować tego losu. Czy jestem za karą śmierci? Przynajmniej dla niektórych, którzy z bezczelnym uśmiechem patrzą w kamerę i nie wykazują śladów skruchy. Może takich jednak trzeba wieszać?
Po rozmowie z adwokatem myśli, że to jakiś chwyt, ta cała rewizja, że w końcu wpadną do celi, wywleką go i powieszą! Jak sam to zapamiętał: „Każda minuta w lęku… W dniu 21 października 1982 roku weszli strażnicy, skuto mi ręce i zaprowadzono na salę widzeń. Było nas tylko trzech: ja i dwóch strażników stojących po moich bokach. Za kratą ujrzałem zapłakaną matkę… oboje nie wymówiliśmy ani jednego słowa. Było to beznadziejne widzenie. Oboje myśleliśmy o tym samym – widzimy się już ostatni raz… Nie mogłem się z nią nawet pożegnać. Trudno określić stan moich uczuć. Po jej wyjściu doznałem szoku. Zabrano mnie znów do celi”.
Przeżywa to przez długie 26 miesięcy! W lutym ma się odbyć rewizja w Sądzie Najwyższym. O tym akurat dowiaduje się od więziennego listonosza. Pełen lęku i niepewności oczekuje na wyrok, ale adwokat wciąż nie przychodzi. W tamten feralny dzień coś w nim pęka. Nie wytrzymuje udręki, wpada w szał, łapie za agrafkę ukrytą w pryczy i zaczyna raz po raz kłuć swoje oczy… Strasznie krzyczy i mota się po celi. Strażnicy szybko go pacyfikują. Skuty ląduje na podłodze pustej celi – na pełne dwie doby! Z tamtego okresu pamięta jedynie, że pojawiają się myśli o Bogu. Zaledwie wrażenie, choć w takich okolicznościach bezcenne, że ktoś patrzy, widzi tę okropną nędzę.
Potem odkrywa, że jest niewidomy. W końcu nie można bezkarnie kłuć sobie oczu agrafką; nawet małe dzieci wiedzą, że ostre przedmioty robią krzywdę i to na długo… Czy naprawdę tego chcemy, myśląc o łajdakach? Że mają cierpieć jak najdłużej i czuć codziennie, że właśnie na to sobie zapracowali? Czy sama idea wiecznie płonącego piekła, na które ktoś zasłużył przez 80 lat choćby nie wiem jak bardzo złego życia, nie wydaje się zbyt potworna, by mógł to wymyślić ktokolwiek poza samym szatanem? Owszem, kiedyś sprawiedliwości stanie się zadość i ogień Gehenny strawi przeciwników, nie pozostawi im „ani korzenia, ani gałązki”[i] z których zło powtórnie mogłoby się odrodzić. Bo gdy nastanie Nowe Jeruzalem i Boże Królestwo, będzie to jedyna rzeczywistość.
Patrząc w okno, odbiera jedynie wrażenie światła. Ból i cierpienie w oczekiwaniu na śmierć zastępuje dziwna apatia. Myśli o sobie, jak o kimś obcym: „Po co mi oczy, skoro i tak mnie wkrótce powieszą?”. A potem wracają myśli o Bogu. Patrzy na swoje życie i jest przerażony. Nie boi się kary, która go dosięgnie, ale wszystkich tych ohydnych zbrodni, przestępstw i ich skutków
– Wyobraźnia podsunęła mi obraz pobitych, skrzywdzonych ludzi, zamordowanej dziewczynki… zapłakaną twarz matki… byłem przerażony ogromem zła, czułem się winny, po stokroć winny kary! A potem, myśląc o Bogu, przypomniałem sobie o Jego miłosierdziu. Z zakamarków pamięci wróciła słyszana kiedyś opowieść o Jezusie, który przebaczył łotrowi na krzyżu… I wtedy po raz pierwszy w życiu zacząłem się modlić do Boga i czyniłem to z głębokiej wewnętrznej potrzeby.
Tamtego dnia w czerwcowe południe, cztery miesiące po tym, jak dokonał dramatycznego samookaleczenia, siedzi na łóżku i patrzy w jasny prostokąt okna. Myśli o tym, jak pięknie musi być na zewnątrz, na wolności. Promienie ogrzewają jego twarz. Pozostali więźniowie grają w domino, a on, ślepiec, patrzy w samą Twarz Boga i woła do Niego, prosząc o darowanie win, o to, by mógł mieć choć tyle czasu, by zmienić swoje życie. Czy ktoś taki w ogóle może o cokolwiek prosić? A jeśli otrzyma, to czyż samo to nie będzie cudem? I taki cud się zdarza!
„Patrząc w górę, dostrzegłem wyraźnie zarysy okna, z mgły wyłoniła się krata i rama z szybą. Spojrzałem w dół i rozróżniłem zarysy stołu i osób przy nim siedzących, nawet kostki domina… Byłem równie zaskoczony, co szczęśliwy. Z krzykiem zerwałem się z łóżka. Więźniowie patrzyli na mnie ze zdziwieniem, myśląc, że oszalałem. A ja widziałem! Wprawdzie niezbyt dokładnie i tylko na jedno oko, ale widziałem!
***
Jak pamiętam Henryka? O korespondencyjnej służbie więziennej prowadzonej przez moją społeczność często słyszałem. Mój Tata i drugi z pastorów, którego dobrze znałem, mieli różne doświadczenia. Często kontakt trwał tylko tak długo jak wyrok, potem zwolniona osoba wybierała swoją drogę. Czasem nie było miejsca nawet na zwykłe „dziękuję”; inni od razu walili do nas jak w dym, licząc na pomoc materialną – i trudno się dziwić, skoro wolność powitała ich brakiem środków do życia, rodziny, pracy i jakichkolwiek sensownych planów. Byli i tacy, którzy, a jakże, dali się nakarmić, odziać, a gdy już było dobrze, zabierali coś „na pamiątkę” i znikali. Jeden pobił wszelkie rekordy. Zatrudniony na kurzej fermie z ułańską fantazją uprowadził furgonetkę wyładowaną po brzegi kurczakami i zwiał niczym Elwood Blues w swoim biało-czarnym policyjnym dodge’u.
Henryk swoje nawrócenie traktował poważnie. W maju 1984 wyrok śmierci zostaje zamieniony na 25 lat więzienia. To kolejny z najszczęśliwszych dni w jego życiu. Kontakt ze Słowem Bożym zawdzięcza swojemu koledze „spod celi”, Jackowi Ś. Od tamtego czasu regularnie koresponduje z pastorem, zgłębia wiedzę biblijną, a przede wszystkim doświadcza relacji z Bogiem i sukcesywnej przemiany serca i umysłu. Władze więzienia są zdumione tą metamorfozą i w końcu może wyjść na przepustkę. Z czasem dostaje nawet możliwość opuszczenia murów więzienia na 5 dni, które wykorzystuje na pogłębienie już teraz niemal braterskich więzi z wierzącymi w pobliskich zborach. I choć jeszcze wtedy osobiście go nie poznałem, śledziłem jego losy uważnie i z radością. Do dziś pamiętam, jak zobaczyłem Henryka po raz pierwszy na naszym zlocie młodzieżowym. W większości wiedzieliśmy, że kiedyś zabił i oczekiwał na śmierć, a teraz wciąż jakby zawstydzony i zaskoczony odbierał mnóstwo ostrożnej sympatii od młodych, którzy odkrywali, kim jest ten ogromny facet (kto lubi Sienkiewicza, niech pomyśli o Longinie Podbipięcie, a dla mnie to jakby pierwowzór walecznego żołnierza z mojej trylogii kananejskiej).
A potem przyszedł wrzesień 1991 roku. Wieczorem ktoś zadzwonił do naszych drzwi. Było już chyba dobrze po godzinie 21. W drzwiach ledwo mieściła się sylwetka Henryka, za nim stał znajomy pastor. Nie wiedziałem, że za chwilę będę świadkiem najbardziej niezwykłego i poruszającego chrztu, jaki kiedykolwiek widziałem.
„W sercu miałem wielką radość. Pomimo ciemnej nocy napełniony byłem Bożą jasnością. Pamiętam, że cały drżałem. Nie z zimna, bo go nie odczuwałem, ale czułem z całą mocą Ducha Bożego, który ogarnął mnie całkowicie! Wiedziałem, że będę dzieckiem Bożym, człowiekiem nowo narodzonym, któremu Bóg przez świętą krew Jezusa Chrystusa przebaczył wszelkie grzechy. Był to najszczęśliwszy dzień w moim życiu!”.
Miał wtedy 34 lata. W więzieniu robił wszystko, by innych przyprowadzić do Boga lub przynajmniej mówić o Nim – sam był autentycznym przykładem uwolnienia w Chrystusie. Nie wiedzieliśmy wtedy, że nie doczeka wolności od krat, że ten uwolniony od wiecznej śmierci młody człowiek będzie musiał przejść przez udrękę bólu i w końcu odejdzie, nie spełniwszy swojego pragnienia pracy wśród więźniów. Po poważnym urazie kolana przy przesuwaniu mebli w celi, lekarz pewnie uznał to za celowe samookaleczenie i, to już moja ocena sytuacji, traktował go wedle zasady – jakżeś sobie dziadu zrobił, to teraz cierp! Niedbale prowadzone leczenie, kilogramy lekarstw na uśmierzenie bólu, które zniszczyły mu żołądek, wątrobę i trzustkę. I wtedy trafił do szpitala w Cieszynie. To była ogromna odmiana – opieka na oddziale wewnętrznym niemal braterska, profesjonalizm, ale przede wszystkim życzliwość i wrażliwość na ludzkie nieszczęście. Tak inni poznali jego historię.
Jednak Henryk przegrał z nowotworem. Teraz pozostaje mi tylko czekać na spotkanie na Drugim Brzegu.
Czasem przechodzenie przez szafę do Narnii jest bardziej niezwykłe, niż nam się wydaje, bywa też bolesne, niespodziewane, zbyt nagłe lub niepotrzebne. Tak samo myślałem o bohaterze następnej opowieści w Księdze Cudów. Ale znając rzeczywistość, dobrze wiem, że mimo uzdrowienia, życie może napisać tyle negatywnych scenariuszy, że może lepiej, gdy Bóg zabiera nas w czasie przez Niego upatrzonym.
[1]List do Hebrajczyków 10,28
[i]Księga Malachiasza 3,19




































